W samym sercu niemieckiego Zagłębia Ruhry istniała ulica, którą mieszkańcy Bochum nazywali Klein Warschau, czyli Małą Warszawą.
Nie dlatego, że miała kolumnę Zygmunta, Pałac Saski albo choćby ulicę przypominającą Krakowskie Przedmieście. Nie chodziło o architekturę, wielkość ani podobieństwo do polskiej stolicy. Nazwa wzięła się z czegoś znacznie ciekawszego: przy jednej ulicy skupiło się tyle polskich organizacji, instytucji, redakcji i przedsiębiorstw, że nie dało się przejść obok nich i udawać, że ich nie ma.
Niemcy mówili Klein Warschau albo Polnischer Querschlag, co można przetłumaczyć jako „polski chodnik kopalniany”. Sami Polacy używali innej nazwy: Kuźnia Bochumska.
Bo tutaj nie tylko drukowano gazety i liczono pieniądze. Tutaj wykuwano polskich działaczy, związkowców, redaktorów, nauczycieli i społeczników. Na dawnej Klosterstraße, dzisiejszej ulicy Am Kortländer, działało ponad trzydzieści polskich organizacji i instytucji. Było to jedno z najważniejszych centrów polskiego życia w Niemczech. (porta-polonica)
I nie, „Mała Warszawa” nie jest współczesnym ozdobnikiem wymyślonym po to, aby historia lepiej klikała się w internecie.
To nazwa zapisana w niemieckich źródłach.
Górnicy mieli pracować. Po pracy zaczęli budować własny świat
Do Zagłębia Ruhry przyjeżdżali za zarobkiem. Z Wielkopolski, Prus Zachodnich, Prus Wschodnich, Śląska i innych polskojęzycznych ziem znajdujących się wówczas pod panowaniem Prus.
Mieli zjeżdżać pod ziemię, wydobywać węgiel, wracać zmęczeni do robotniczych mieszkań i następnego dnia robić to samo.
Taki był plan przemysłu.
Plan robotników szybko okazał się nieco szerszy.
Przybysze sprowadzali żony i dzieci, zakładali rodziny, szukali polskich księży, szkół, książek i gazet. Potrzebowali pomocy przy szukaniu pracy, mieszkań i dochodzeniu swoich praw. Chcieli oszczędzać pieniądze, ubezpieczać się, uczyć dzieci języka i spotykać z ludźmi, którzy rozumieli nie tylko ich mowę, ale także położenie.
Z pojedynczych stowarzyszeń wyrastała coraz gęstsza sieć. Powstawały chóry, organizacje katolickie, związki zawodowe, biblioteki, towarzystwa szkolne i instytucje finansowe.
Polski robotnik przestawał być samotnym człowiekiem z walizką.
Stawał się częścią społeczności zdolnej organizować własne życie.
Kopalnia dawała wypłatę. Mała Warszawa dawała zaplecze, język i poczucie, że człowiek nie musi wszystkiego zaczynać sam.
Jedna ulica, siedem domów i polska mapa instytucji
Na początku XX wieku przy Klosterstraße wykupiono siedem budynków, oznaczonych numerami od 2 do 14. Początkowo należały do osób prywatnych i były wynajmowane organizacjom, później część z nich przeszła bezpośrednio w polskie ręce. (porta-polonica)
Pod numerem 2 działał Bank Robotników.
Pod numerem 4 mieściło się Zjednoczenie Zawodowe Polskie, czyli polska organizacja związkowa.
Numer 6 zajmowały między innymi kasa depozytowa Banku Handlowego, organizacje szkolne, polityczne i biblioteczne.
Pod numerem 8 mieściły się redakcja i drukarnia „Wiarusa Polskiego”.
Pod numerem 10 funkcjonowało biuro społeczne polskiej reprezentacji parlamentarnej.
Pod numerem 12 pracował wydział górniczy polskiego związku zawodowego. (porta-polonica)
Można było więc wejść na tę ulicę z problemem dotyczącym pracy, pieniędzy, szkoły, gazety, związku albo działalności społecznej i znaleźć instytucję, która przynajmniej próbowała się nim zająć.
To już nie była enklawa kilku sklepów z kiełbasą i chlebem.
To była polska infrastruktura społeczna.
Niemiecki robotnik miał swoje organizacje, banki i prasę. Polscy robotnicy uznali najwyraźniej, że oni również mogą je mieć. Śmiały pomysł, zwłaszcza w czasach, gdy mile widziano ich pracę, ale znacznie mniej entuzjastycznie patrzono na ich samodzielność.
Bank Robotników. Górnicza wypłata nie musiała znikać w cudzej kasie
Jednym z najważniejszych miejsc na Klosterstraße był Bank Robotników.
Nazwa nie udawała paryskiego salonu finansowego. Nie miała też udawać. Bank powstał dla ludzi, którzy zarabiali pieniądze w kopalniach, hutach i fabrykach, a nie na eleganckich giełdowych parkietach.
Polscy robotnicy potrzebowali bezpiecznego miejsca do przechowywania oszczędności i instytucji, której ufali. Bank Robotników rozwinął się w największy polski bank Zagłębia Ruhry i najważniejszą polską instytucję bankową w ówczesnych Niemczech. Współtworzył sieć kilkunastu powiązanych banków, a jego działalność wykraczała poza przyjmowanie wpłat. Pieniądze wspierały polskie szkoły, edukację i zakup nieruchomości służących społeczności. (porta-polonica)
To detal, który zmienia sposób patrzenia na Ruhrpolen.
Nie byli wyłącznie tanią siłą roboczą wykonującą polecenia. Potrafili tworzyć własne systemy finansowe, społeczne i edukacyjne. Zamiast czekać, aż ktoś łaskawie rozwiąże ich problemy, składali się, organizowali i budowali instytucje.
Na ścianie domu przy dzisiejszej Am Kortländer 2 jeszcze długo widoczny był napis:
Bank Robotników e.G.m.b.H.
Zwykłe słowa na murze, a jednak jeden z nielicznych materialnych śladów polskiej potęgi organizacyjnej w dawnym Bochum. Budynki pod numerami 2 i 4 objęto ochroną zabytkową, choć przez lata ich polskie znaczenie historyczne pozostawało słabo opisane. (porta-polonica)
„Wiarus Polski”. Gazeta, której nie zostawiano w szatni
Kilka domów dalej działał „Wiarus Polski”.
Gazeta nie była ozdobą stolika w polskim sklepie. Informowała o sprawach robotników, organizacjach, prawach, polityce i wydarzeniach dotyczących Polaków w Niemczech. Wokół niej powstała nie tylko redakcja, ale również drukarnia i zaplecze wydawnicze.
Robotnik po szychcie mógł więc wziąć do ręki gazetę napisaną w swoim języku i przeczytać, co dzieje się poza kopalnianym chodnikiem.
Mógł dowiedzieć się, gdzie odbywa się zebranie, komu grozi utrata pracy, co postanowiły władze i jak organizuje się polska społeczność.
Robotnik z kilofem był użyteczny. Robotnik, który czytał, porównywał informacje i znał swoje prawa, stawał się znacznie trudniejszy do ustawienia pod ścianą.
To właśnie dlatego prasa była czymś więcej niż nośnikiem wiadomości. Budowała wspólny język, pamięć i świadomość ludzi rozrzuconych po całym przemysłowym regionie.
Przy okazji pozwalała zobaczyć, że problemy pojedynczego górnika często nie były wyłącznie jego prywatnym pechem. Jeśli setki ludzi doświadczały podobnych warunków pracy, dyskryminacji albo problemów urzędowych, zaczynało to wyglądać mniej jak zbieg okoliczności, a bardziej jak sprawa wymagająca wspólnego działania.
Polskie związki zawodowe nie były kółkiem zainteresowań
W 1902 roku powstało Zjednoczenie Zawodowe Polskie. Miało reprezentować pracowników i bronić ich interesów w świecie, w którym kopalnia potrafiła kontrolować nie tylko zatrudnienie, lecz także mieszkanie i znaczną część życia rodziny. (porta-polonica)
Górnicy pracowali w ciężkich i niebezpiecznych warunkach. Wypadek oznaczał nie tylko utratę zdrowia. Mógł pozbawić całą rodzinę dochodu i dachu nad głową.
Polska organizacja związkowa była więc potrzebna nie po to, aby raz w roku urządzić uroczyste zebranie z przemówieniami. Miała pomagać ludziom, którzy w konfrontacji z wielkim zakładem przemysłowym sami znaczyli niewiele.
Polacy tworzyli również stowarzyszenia wzajemnej pomocy, organizacje katolickie, biblioteki ludowe, chóry, towarzystwa młodzieżowe i szkolne. Przy Klosterstraße prowadzono nawet kursy języka polskiego. (porta-polonica)
Bo język znika najszybciej wtedy, gdy uzna się, że poradzi sobie sam.
Rodzice mówili po polsku, dzieci uczyły się po niemiecku, a ulica szybko rozstrzygała, który z tych języków będzie wygodniejszy. Bez szkół, książek i organizacji polszczyzna z każdym pokoleniem traciła grunt.
Mała Warszawa próbowała ten grunt utrzymać.
Dlaczego „Kuźnia Bochumska”?
Niemcy patrzyli na ulicę z zewnątrz i widzieli Małą Warszawę.
Polacy patrzyli od środka i widzieli kuźnię.
Nazwa Kuźnia Bochumska nie odnosiła się do zakładu metalowego. Była metaforą miejsca, w którym kształcili się i zdobywali doświadczenie przyszli liderzy polskiej społeczności w Niemczech. Porta Polonica określa ją wręcz jako kuźnię polskiej kadry. (porta-polonica)
Tutaj uczono się organizowania zebrań, prowadzenia banku, wydawania gazety, negocjowania z władzami, kierowania związkiem zawodowym i zarządzania siecią stowarzyszeń.
Nie każdy górnik zostawał działaczem.
Ale dzięki działalności tej ulicy górnik nie musiał być wobec urzędu, pracodawcy i prawa całkowicie bezradny.
W Kuźni Bochumskiej działały osoby, które później odgrywały ważne role w życiu Polaków w Niemczech. Należał do nich między innymi Jan Kaczmarek, jeden z najbardziej znanych przedstawicieli polskiej mniejszości. (porta-polonica)
Z węgla wydobywanego przez robotników rosła potęga Zagłębia Ruhry. Z ich organizacji wyrastała polska elita społeczna.
Państwo potrzebowało robotników, ale obserwowało ich organizacje
Polskie życie w Bochum rozwijało się w państwie, które nie zawsze patrzyło na nie życzliwie.
Pruska administracja obserwowała polskie organizacje, ograniczała używanie języka i traktowała rozwój odrębnej świadomości narodowej jako zagrożenie. Działalność społeczna, szkolna i polityczna znajdowała się pod presją germanizacyjną.
Problem polegał na tym, że przemysł potrzebował polskich robotników, ale państwo niekoniecznie chciało polskiej społeczności.
Najwygodniejszy byłby człowiek, który przyjeżdża, pracuje, płaci podatki, nie zakłada gazety, nie tworzy banku i nie pyta, dlaczego jego dzieci nie mają dostępu do własnego języka.
Ruhrpolen nie zawsze chcieli występować w tej wygodnej roli.
Założyli własne instytucje dokładnie dlatego, że sama praca i wypłata nie wystarczały do normalnego życia.
Oczywiście z biegiem czasu kolejne pokolenia coraz silniej asymilowały się z niemieckim otoczeniem. Dzieci i wnuki mówiły coraz częściej po niemiecku, a pamięć o miejscowościach pochodzenia rozpływała się. Niekiedy pozostawało nazwisko zakończone na „-ski”, niejasne wspomnienie o dziadku „spod Poznania” albo stara fotografia, na której nikt nie potrafił już rozpoznać ludzi.
Jednak zanim pamięć zaczęła znikać, przy Klosterstraße była widoczna niemal w każdym domu.
Ulica, której nie dało się nie zauważyć
Ponad trzydzieści polskich organizacji i instytucji działających przy jednym ciągu ulicznym robiło wrażenie nawet w wielkim przemysłowym regionie. Porta Polonica podkreśla, że miejsce stało się legendą polskiej emigracji i do dziś jest przywoływane jako przykład rozwiniętej organizacji Polonii. (porta-polonica)
Ludzie przyjeżdżali do Bochum z innych miast, aby załatwiać sprawy, spotykać działaczy, korzystać z banku, kontaktować się z redakcją i uczestniczyć w polskim życiu organizacyjnym.
Klosterstraße była więc czymś więcej niż lokalną ulicą.
Była centralą.
Jej wpływy sięgały poza Bochum i samo Zagłębie Ruhry. Organizacje działające przy tej ulicy współtworzyły życie Polaków w całych Niemczech.
To właśnie owa koncentracja instytucji sprawiła, że w niemieckim języku potocznym przyjęła się nazwa Klein Warschau.
Nie dlatego, że ktoś pomylił Bochum z Warszawą.
Dlatego, że na krótkim odcinku niemieckiego miasta powstało polskie centrum tak silne, iż lokalna ludność nadała mu nazwę polskiej stolicy.
Wrzesień 1939 roku zakończył ten świat
Po niemieckiej napaści na Polskę we wrześniu 1939 roku rozpoczęło się niszczenie polskich instytucji.
Domy należące do polskich organizacji przy Klosterstraße zostały splądrowane i przejęte przez nazistów. Pracowników i działaczy represjonowano, a część trafiła do obozów koncentracyjnych. W 1940 roku organizacje polskiej mniejszości zostały zakazane i rozwiązane, a ich majątek skonfiskowano bez odszkodowania. (porta-polonica)
To nie była stopniowa asymilacja.
To było administracyjne i policyjne zniszczenie zorganizowanego polskiego życia.
Bank, gazeta, związki, towarzystwa i szkoły przestały działać. Ludzie, którzy przez dziesięciolecia budowali instytucje, zostali uznani przez reżim za wrogów.
Po wojnie Związek Polaków w Niemczech wznowił działalność w domu przy dzisiejszej Am Kortländer 6. W latach pięćdziesiątych budynek ten został organizacji zwrócony. (porta-polonica)
Mała Warszawa nie odzyskała już jednak dawnego rozmachu.
Świat, który ją stworzył, został rozbity przez wojnę, prześladowania, migracje i postępującą asymilację.
Co zostało z Małej Warszawy?
Nie ma już ruchliwej ulicy pełnej polskich redakcji, banków i sekretariatów.
Pozostały budynki, fotografie, dokumenty oraz coraz bledsze napisy.
Na ścianie domu przy Am Kortländer 2 zachował się ślad Banku Robotników. Pod numerem 6 nadal mieściła się siedziba Związku Polaków w Niemczech. W opracowaniach dotyczących polskiego dziedzictwa w Niemczech Klosterstraße i Am Kortländer wymieniane są jako ważne miejsce pamięci. (porta-polonica)
Pozostała również nazwa.
Klein Warschau.
Mała Warszawa.
Dwa słowa wystarczyły, aby po ponad stu latach ktoś zapytał: jak to możliwe, że w Bochum istniała Warszawa?
Odpowiedź jest prosta.
Nie istniała tam druga stolica Polski.
Istniało coś bardziej niezwykłego: społeczność górników i ich rodzin, która z własnych składek, pracy i uporu zbudowała bank, prasę, związki, biblioteki, szkoły i system pomocy.
Ludzie, których niemiecki przemysł sprowadzał przede wszystkim jako ręce do pracy, pokazali, że wraz z rękami przyjechały również głowy, ambicje i potrzeba godności.
Mała Warszawa nie potrzebuje podobieństwa do Warszawy
Nazwy miejsc nie są egzaminem z geografii.
Mały Paryż nie musi posiadać wieży Eiffla. Mały Londyn nie potrzebuje Tamizy. Chinatown nie staje się Pekinem.
Mała Warszawa w Bochum nie miała przypominać polskiej stolicy.
Miała opisywać widoczną, zwartą i znakomicie zorganizowaną polską obecność przy jednej ulicy niemieckiego miasta.
Można oczywiście pokłócić się ze źródłami i oznajmić, że nazwa powinna brzmieć inaczej.
Źródła mają jednak pewną nieznośną cechę: nie zmieniają treści tylko dlatego, że komuś bardziej podoba się własna wersja.
Mieszkańcy Bochum mówili Klein Warschau.
Polacy mówili Kuźnia Bochumska.
Jedni widzieli polskie centrum.
Drudzy miejsce, w którym wykuwała się przyszłość ich społeczności.
Obie nazwy mówiły prawdę.
Przy Klosterstraße Polacy nie zbudowali kopii Warszawy. Zbudowali coś własnego, dokładnie tam, gdzie miały znajdować się wyłącznie ich ręce do pracy.
I właśnie dlatego Mała Warszawa w Bochum zasługuje na to, aby znowu o niej opowiedzieć.
Ramka: Czym była Mała Warszawa w Bochum?
Mała Warszawa, po niemiecku Klein Warschau, była potoczną nazwą dawnej Klosterstraße w Bochum, dziś odpowiadającej głównie ulicy Am Kortländer i jej przedłużeniu.
Na początku XX wieku działało tam ponad trzydzieści polskich organizacji i instytucji, między innymi:
-
Bank Robotników,
-
redakcja i drukarnia „Wiarusa Polskiego”,
-
Zjednoczenie Zawodowe Polskie,
-
organizacje szkolne i biblioteczne,
-
stowarzyszenia wzajemnej pomocy,
-
polskie organizacje polityczne i katolickie.
Sami Polacy nazywali to miejsce Kuźnią Bochumską, ponieważ kształcili się tam działacze i liderzy polskiej społeczności w Niemczech.
Nazwa „Mała Warszawa” nie oznaczała podobieństwa Bochum do Warszawy. Odnosiła się do niezwykłego skupienia polskiego życia społecznego przy jednej ulicy. (porta-polonica)
Bibliografia i źródła
Porta Polonica, Kuźnia Bochumska.
Porta Polonica, Bochumer Schmiede.
Porta Polonica / LWL, Polen in Deutschland. Geschichte und Kultur.
LWL-Industriemuseum, materiały dotyczące migracji Polaków do Zagłębia Ruhry i polskiej obecności w Bochum.
Bundeszentrale für politische Bildung, materiały dotyczące historii migracji, Ruhrpolen oraz polskich śladów w Niemczech.