Kiedy dziś mówimy „Polacy w Holandii”, wielu osobom od razu stają przed oczami szklarnie, magazyny, sortownie, agencje pracy i współczesna emigracja zarobkowa. Ale polskie ślady w Niderlandach są znacznie starsze. Nie zawsze tworzyły zwartą Polonię. Czasem były to pojedyncze nazwiska w księgach uniwersyteckich, czasem wygnańcy religijni, żołnierze, ludzie morza, Żydzi aszkenazyjscy z ziem polskich albo uchodźcy polityczni po powstaniach. Historia, jak to historia, nie ustawiła się grzecznie w kolejce po jeden prosty opis.
Zanim była emigracja zarobkowa
Współczesna polska obecność w Holandii kojarzy się przede wszystkim z pracą. I trudno się dziwić. Po 2004 roku Holandia stała się jednym z ważniejszych kierunków emigracji zarobkowej z Polski. Ale to dopiero ostatni rozdział znacznie dłuższej opowieści.
Jeśli cofniemy się wcześniej, zobaczymy zupełnie inną mapę. Nie ma jeszcze zorganizowanej Polonii, polskich sklepów, parafii, grup na Facebooku i pytań o to, która agencja „nie kręci”. Są za to miasta portowe, uniwersytety, drukarnie, statki, wojny, religijne spory i wielka europejska wędrówka ludzi, idei oraz pieniędzy.
Niderlandy, zwłaszcza w XVII wieku, były jednym z najważniejszych miejsc Europy. Republika Zjednoczonych Prowincji rozwijała handel, żeglugę, druk, naukę i bankowość. A Rzeczpospolita Obojga Narodów, choć geograficznie daleka od Amsterdamu, była dla Holendrów ważnym partnerem. Przez Gdańsk płynęło zboże, drewno i inne towary z obszaru bałtyckiego. Holenderskie bogactwo nie rosło wyłącznie na tulipanach i pracowitości mieszczan, jak lubią opowiadać ładne broszurki. Rosło także na wielkim handlu bałtyckim, w
którym ziemie Rzeczypospolitej miały ogromne znaczenie.
Studenci z Rzeczypospolitej w Lejdzie
Jednym z najstarszych i najciekawszych śladów polskiej obecności w Niderlandach są studenci. Lejda była w XVII i XVIII wieku ważnym ośrodkiem naukowym. Do tamtejszego uniwersytetu przyjeżdżali młodzi ludzie z różnych części Europy, także z Rzeczypospolitej Obojga Narodów.
Wśród nich byli studenci z Gdańska, Torunia, Elbląga, Leszna, Wilna i innych miast. Często byli protestantami, ludźmi z Prus Królewskich albo przedstawicielami środowisk, którym łatwiej było odnaleźć się w niderlandzkim świecie uniwersyteckim niż w bardziej zamkniętych realiach własnego kraju. Zestawienia dotyczące Lejdy pokazują, że od końca XVI wieku do 1772 roku studiowało tam ponad 1200 osób z Rzeczypospolitej Obojga Narodów.
To nie była emigracja w dzisiejszym sensie. Wielu z nich po studiach wracało do kraju, obejmowało stanowiska miejskich lekarzy, profesorów, urzędników albo uczonych. Ale ich obecność w Niderlandach była realna. Przywozili ze sobą języki, kontakty, listy polecające i ambicje. Wyjeżdżali po wiedzę, nie po dodatki zmianowe. Choć zapewne niejeden student już wtedy uważał, że czynsz jest za wysoki, a profesor za bardzo lubi własny głos. Pewne rzeczy w dziejach ludzkości są niezniszczalne.
Bracia polscy w Amsterdamie
Osobny rozdział to bracia polscy, nazywani też arianami albo socynianami. Była to wspólnota religijna, która w Rzeczypospolitej budziła coraz większą niechęć. Po zamknięciu ośrodka w Rakowie w 1638 roku, a później po wygnaniu braci polskich z kraju w 1658 roku, część z nich szukała miejsca, gdzie można było żyć, drukować i dyskutować bez natychmiastowego ryzyka oskarżenia o herezję.
Jednym z takich miejsc był Amsterdam. Badacze wskazują, że obecność polskich braci w Zjednoczonych Prowincjach przypada mniej więcej na okres od 1638 roku do końca lat 60. XVII wieku. W Amsterdamie wchodzili w kontakty z remonstrantami, mennonitami i kolegiantami. Łączyła ich idea tolerancji religijnej, swobodniejszego proroctwa i niechęci do sztywnych struktur wyznaniowych.
To jest bardzo ważny ślad, bo pokazuje, że emigracja nie zawsze zaczynała się od biedy. Czasem zaczynała się od książki, której nie wolno było wydrukować. Od kazania, którego nie należało wygłaszać. Od myśli, która była zbyt niewygodna dla tych, którzy lubili mieć porządek w cudzych sumieniach
Amsterdam dawał przestrzeń. Nie idealną, nie anielską, bo anioły rzadko prowadzą interesy portowe, ale jednak znacznie szerszą niż wiele miejsc ówczesnej Europy.
Żołnierze, ludzie morza i kolonialne szlaki
Polskie ślady w Niderlandach nie kończą się na uniwersytetach i religii. Są też bardziej szorstkie: wojskowe, morskie i kolonialne.
W XVII wieku Polacy oraz ludzie z ziem Rzeczypospolitej pojawiali się w armii niderlandzkiej. Paul Hulsenboom opisuje relację Sebastiana Gawareckiego z lat 40. XVII wieku, w której pojawia się Polak z Warszawy służący w wojsku holenderskim jako chorąży.
Jeszcze ciekawszy jest wątek Holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej, czyli VOC. Badania Mariusza Kowalskiego pokazują, że w XVII i XVIII wieku do służby VOC trafiali ludzie z ziem Rzeczypospolitej. W bazach płacowych Kompanii pojawiają się osoby identyfikowane jako przybysze z Polski, Gdańska, Prus czy innych obszarów związanych z Rzeczpospolitą. Kowalski zaznacza przy tym, że pojęcie „Polak” trzeba rozumieć ostrożnie, bo w epoce przednowoczesnej nie działało ono tak jak dzisiejsza narodowość w paszporcie
To bardzo dobry moment, żeby czytelnikowi powiedzieć jasno: dawnych ludzi nie wolno na siłę wkładać w dzisiejsze rubryki. Urzędnik z XXI wieku bardzo by chciał, żeby każdy miał PESEL, obywatelstwo, kod kraju i status podatkowy. XVII wiek niestety nie był tak uprzejmy. Ktoś mógł być z Gdańska, z Prus Królewskich, z ziem Rzeczypospolitej, mówić po niemiecku, znać polski, być luteraninem, służyć Holendrom i zostać zapisany w archiwum w sposób, który dziś przyprawia badacza o lekką chęć rzucenia segregatorem.
Ale ślady są. I pokazują, że ludzie z ziem polskich uczestniczyli także w niderlandzkich wyprawach morskich, wojsku i kolonialnych przedsięwzięciach.
Jednym z bardzo ciekawych przykładów późniejszego, XVIII-wiecznego losu jest Teodor Anzelm Dzwonkowski, polski żołnierz, który służył na holenderskim okręcie w latach 1788–1793 i pozostawił pamiętnik z podróży do Azji Południowo-Wschodniej.
Żydzi aszkenazyjscy z ziem polskich
W XVIII wieku do Niderlandów przybywali także Żydzi aszkenazyjscy z Polski. Powody były różne: prześladowania, niepewność, ale również ekonomia. Opracowanie „Vijf eeuwen migratie” podaje, że w połowie XVIII wieku w Niderlandach było już około dziesięciu tysięcy Żydów aszkenazyjskich z Niemiec, Polski i Rosji, a między 1750 a 1800 rokiem liczba ta wzrosła do około dwudziestu tysięcy
Tu trzeba zachować precyzję. Nie należy pisać o nich po prostu jako o „Polakach” w dzisiejszym narodowym rozumieniu. Lepiej mówić: ludzie z ziem polskich, Żydzi aszkenazyjscy z Polski, migranci ze wschodniej Europy. Ich tożsamość była religijna, językowa, lokalna i wspólnotowa, a niekoniecznie narodowa w sensie XIX- czy XX-wiecznym.
Ale dla historii obecności ludzi z ziem polskich w Niderlandach to wątek istotny. Pokazuje, że „polskie ślady” nie są jednorodne. Nie składają się wyłącznie ze szlachcica, studenta i żołnierza. Są też historią wspólnot żydowskich, migracji wymuszonej, ekonomicznej i rodzinnej.
XIX wiek: ciszej, trudniej, bardziej rozproszenie
I tu dochodzimy do XIX wieku. Czyli do momentu, w którym można by oczekiwać wielkiej polskiej historii emigracyjnej w Holandii. Przecież były rozbiory, powstania, represje, emigracja polityczna, ucieczki, tułaczka. A jednak Holandia nie była głównym centrum polskiej emigracji XIX wieku.
Po upadku powstania listopadowego najważniejszym ośrodkiem Wielkiej Emigracji stała się Francja, zwłaszcza Paryż. Polacy trafiali też do Belgii, Szwajcarii, Wielkiej Brytanii i dalej do Ameryki. Holandia była raczej miejscem pobocznym: obserwującym, komentującym, czasem przejściowym, czasem przyjmującym pojedyncze osoby, ale nie tworzącym wielkiego polskiego skupiska.
Co więcej, niderlandzka reakcja na powstanie listopadowe była początkowo chłodna. Według Hulsenbooma polski zryw wzbudził w Holandii zainteresowanie, ale wielu niderlandzkich autorów potępiało rewolucję, chwaliło cara i przedstawiało Polaków jako chaotycznych oraz niewdzięcznych. Powód był bardzo lokalny:
Holendrzy mieli świeżo w pamięci rewolucję belgijską z 1830 roku i oderwanie południowych prowincji. Patrzyli więc na polskie powstanie przez własny polityczny ból. Jak to często bywa, cudza tragedia została przepuszczona przez własny rachunek krzywd.
W czasie powstania styczniowego ton był już bardziej zniuansowany. W 1863 roku sprawa polska trafiła nawet do debaty w niższej izbie holenderskiego parlamentu. Część polityków broniła symbolicznego poparcia dla Polaków, porównując ich walkę z dawnym niderlandzkim buntem przeciw Hiszpanii. Inni uznawali, że Polacy porywają się na niemożliwe i zrażają do siebie opinię przemocą.
To nie znaczy, że w Holandii nie było polskich uchodźców. Znaczy raczej, że nie była ona główną sceną tej historii. Była jednym z bocznych korytarzy. A boczne korytarze są w historii bardzo ważne, tylko trzeba się po nich schylać z latarką, bo nikt nie ustawił tam złotej tabliczki „tu zaczyna się Polonia”.
Dlaczego tak trudno ich znaleźć?
Największy problem z XIX wiekiem polega na tym, że Polska nie istniała wtedy jako państwo. Człowiek z Warszawy mógł być w dokumentach poddanym rosyjskim. Ktoś z Poznańskiego mógł figurować jako Prusak. Ktoś z Galicji jako Austriak. Ktoś z Gdańska jako osoba z Prus albo z niemieckojęzycznego miasta o silnych
historycznych związkach z Rzeczpospolitą.
Do tego dochodzą ograniczenia statystyki. Holenderskie CBS wskazuje, że dopiero w spisie ludności z 1849 roku pytano o urodzenie za granicą, a oficjalne statystyki migracyjne zaczynają się od 1865 roku. Wcześniej jesteśmy skazani na księgi, listy, akta wojskowe, rejestry uniwersyteckie, dokumenty notarialne i przypadkowo zachowane świadectwa. Innymi słowy: archiwum mówi „proszę szukać”, po czym gasi światło.
Zanim powstała Polonia
Historia Polaków w Holandii przed XX wiekiem nie jest historią jednej wielkiej fali. To raczej historia rozproszonych śladów. Studentów w Lejdzie. Braci polskich w Amsterdamie. Ludzi z ziem Rzeczypospolitej w armii niderlandzkiej i na statkach VOC. Żydów aszkenazyjskich przybywających z Polski. Uchodźców politycznych, których losy prowadziły przez różne kraje Europy.
Dopiero XX wiek przyniesie bardziej uchwytne fale: górników z Limburgii, powojenne losy, migrację polityczną i zarobkową, a potem współczesną obecność Polaków w Holandii. To już osobna opowieść.
Ale zanim pojawiły się busy, agencje pracy, szklarnie i magazyny, byli inni ludzie. Z książką, listem polecającym, modlitewnikiem, szablą, biletem na statek albo po prostu z nadzieją, że gdzieś dalej da się oddychać trochę swobodniej.
I to właśnie oni zostawili pierwsze polskie ślady w Holandii. Nie zawsze głośne. Nie zawsze łatwe do znalezienia. Ale wystarczająco wyraźne, by przypomnieć, że emigracja nie zaczęła się od naszych czasów. Zmieniły się tylko środki transportu, nazwy dokumentów i rodzaj urzędnika, który człowieka pyta, po co właściwie przyjechał.