Nota redakcyjna: Tekst ma charakter historyczny i edukacyjny. Opisuje udokumentowane procesy migracyjne, społeczne i polityczne z przełomu XIX i XX wieku. Nie służy promocji ani krytyce żadnej współczesnej partii politycznej.
Dziś polskie saksy w Niemczech kojarzą się z budową, magazynem, sprzątaniem, opieką nad seniorami i busem, który wieczorem zbiera ludzi spod dworca albo stacji benzynowej. Można odnieść wrażenie, że wszystko zaczęło się po 1989 roku, gdy otworzyły się granice, a Polacy wyciągnęli walizki z pawlaczy i ruszyli na Zachód zarabiać marki.
Tyle że kiedy pierwsi współcześni saksożercy pakowali do samochodów konserwy, kołdry i zapas papierosów, wielka polska migracja zarobkowa do Niemiec miała już za sobą ponad sto lat historii.
Jej bohaterowie nie jechali opiekować się niemieckimi seniorami. Jechali wydobywać niemiecki węgiel.
Nazywano ich Ruhrpolen, Polakami z Zagłębia Ruhry. Było ich tylu, że bez ich pracy przemysłowa potęga zachodnich Niemiec mogłaby wyglądać znacznie skromniej. Nie byli przypisem do historii regionu. Byli częścią jego fundamentu, choć fundamentów zwykle nie pokazuje się na reprezentacyjnych fotografiach.
Ruhrpolen nie byli dodatkiem do historii Zagłębia Ruhry. Byli częścią jego fundamentu.
Na Zachodzie potrzebowano ludzi. Na Wschodzie brakowało przyszłości
W drugiej połowie XIX wieku Zagłębie Ruhry zmieniało się w jeden wielki organizm przemysłowy. Kopalnie schodziły coraz głębiej, huty pożerały węgiel, linie kolejowe rozcinały krajobraz, a miasta rosły szybciej, niż nadążano wytyczać ulice. Dawne wsie i niewielkie miejscowości obrastały kominami, szybami kopalnianymi, robotniczymi osiedlami i nowymi mieszkańcami.
Niemiecka industrializacja nabierała rozpędu i potrzebowała rąk do pracy. Dużo rąk. Najlepiej silnych, młodych i niespecjalnie skłonnych do dyskusji o długości dnia pracy, bezpieczeństwie oraz tym, ile właściwie warte są ich płuca.
Na wschodnich terenach Prus sytuacja wyglądała inaczej. Ziemi nie przybywało, rodzin tak. Gospodarstwa dzielono między kolejne pokolenia, ludności na wsiach było coraz więcej, a możliwości awansu syna chłopa lub robotnika rolnego mieściły się zazwyczaj pomiędzy słowami „niewielkie” i „żadne”.
Na Zachodzie czekała natomiast regularna wypłata. Niekoniecznie wielka i niekoniecznie łatwo zarobiona. Ale gotówka miała własną magię, szczególnie dla człowieka, który dotąd częściej widywał pieniądze w cudzej kieszeni niż we własnej.
Do Zagłębia Ruhry ruszali mieszkańcy prowincji poznańskiej, Prus Zachodnich, Prus Wschodnich, Śląska oraz innych ziem zamieszkanych przez ludność polskojęzyczną. Byli wśród nich Polacy, Mazurzy, Ślązacy i Kaszubi. Różnili się wyznaniem, gwarą, obyczajami i tym, za kogo sami się uważali. Dla miejscowej ludności oraz części administracji te różnice bywały jednak zbyt wyrafinowane. Mówili po polsku albo wystarczająco polsko brzmieli, więc wrzucano ich do jednego worka.
Do worka z napisem: Polacy.
Migracja przybrała ogromną skalę. Do wybuchu I wojny światowej z pruskich prowincji wschodnich do nadreńsko-westfalskiego okręgu przemysłowego przeniosły się setki tysięcy ludzi. Dokładna liczba Ruhrpolen zależy od tego, kogo wliczymy: wyłącznie osoby deklarujące polską tożsamość, także Mazurów i Ślązaków, samych migrantów czy również ich dzieci. Nie ulega jednak wątpliwości, że była to jedna z najważniejszych migracji wewnętrznych w historii Cesarstwa Niemieckiego.
Migranci, którzy nie zawsze przekraczali granicę
W tym miejscu historia robi swój ulubiony numer i przestaje mieścić się w prostym zdaniu.
Większość pierwszych Ruhrpolen nie przyjechała do Niemiec z zagranicy. Przemieszczała się wewnątrz tego samego państwa, ponieważ Wielkopolska, część Pomorza, Śląska i Mazur znajdowały się wtedy w granicach Prus, a od 1871 roku Cesarstwa Niemieckiego.
Człowiek mógł więc być obywatelem niemieckiego państwa, mówić po polsku, modlić się po polsku, czytać polską gazetę, należeć do polskiego stowarzyszenia i uważać się za Polaka.
Paszport mówił jedno. Dom, język i pamięć mówiły drugie.
Dlatego nazywanie Ruhrpolen po prostu emigrantami z Polski jest zrozumiałe, ale historycznie nie całkiem precyzyjne. Niepodległej Polski nie było wówczas na mapie. Byli to przede wszystkim polskojęzyczni obywatele Prus i Cesarstwa Niemieckiego, którzy przenosili się ze wschodnich prowincji państwa do jego zachodniego zagłębia przemysłowego.
Jechali więc na saksy do Niemiec, chociaż według urzędnika cały czas znajdowali się w Niemczech.
Historia potrafi mieć poczucie humoru. Zwykle dość suche.
Warto pamiętać, że nie wszyscy przybysze określani mianem Ruhrpolen mieli identyczną tożsamość. Protestanccy Mazurzy często nie utożsamiali się z katolickimi Polakami, a Górnoślązacy mogli łączyć język polski, regionalną świadomość i lojalność wobec państwa niemieckiego w proporcjach, które nie mieszczą się w późniejszych narodowych szufladkach.
Historia ludzi pogranicza nie lubi prostych ankiet z jednym polem do zaznaczenia.
Kopalnia nie pytała o tożsamość
Praca pod ziemią nie miała nic wspólnego z romantycznym obrazem górnika stojącego dumnie z kilofem na tle zachodzącego słońca.
Pod ziemią nie było zachodzącego słońca.
Był ciasny chodnik, ciemność, wilgoć, pył, huk i stała świadomość, że nad głową znajdują się tysiące ton skały, które nie czytały przepisów bezpieczeństwa. Było zmęczenie, choroby, wypadki i praca wykonywana w rytmie potrzeb kopalni, nie ludzkiego organizmu.
Wydobycie węgla w Zagłębiu Ruhry gwałtownie rosło, a wraz z nim zapotrzebowanie na siłę roboczą. Przemysłowe miasta regionu nie wyrosły wyłącznie z kapitału, maszyn i śmiałych planów przedsiębiorców. Wyrosły także z ludzi, którzy fedrowali węgiel, obsługiwali piece, układali tory, budowali domy i wracali po szychcie czarni od pyłu.
Kopalnia nie pytała, czy robotnik czuje się Polakiem, Mazurem, Ślązakiem czy Prusakiem. Pytała, czy stawi się na zmianie i czy wytrzyma.
Praca była ciężka, ale dla wielu przybyszy oznaczała awans ekonomiczny. Regularny zarobek dawał możliwość utrzymania rodziny, odłożenia pieniędzy, a czasem sprowadzenia krewnych. Zakłady budowały osiedla robotnicze, przyciągając ludzi nie tylko wynagrodzeniem, lecz również obietnicą mieszkania i stabilizacji.
Obietnica miała jednak drugą stronę. Gdy mieszkanie należało do kopalni, utrata pracy mogła oznaczać również utratę dachu nad głową. Zakład nie kończył się wtedy za bramą. Wracał z robotnikiem do domu, siadał przy stole i zaglądał do garnka.
Przybysze ze Wschodu stawali się częścią nowoczesnego przemysłowego świata, ale nowoczesność nie zawsze oznaczała wolność. Czasami oznaczała jedynie bardziej regularny sposób zależności.
Nie przyjechali sami
Opowiadając o Ruhrpolen, łatwo zobaczyć wyłącznie mężczyzn w roboczych ubraniach, stojących przed kopalnianym szybem. Tymczasem za migracją robotników szły całe rodziny.
Przyjeżdżały żony i dzieci. Rodziły się kolejne pokolenia. Kobiety prowadziły domy, przyjmowały lokatorów, dorabiały, opiekowały się dziećmi, podtrzymywały język i rodzinne zwyczaje. To one organizowały codzienność w warunkach, w których kilka osób mieszkało w niewielkim lokalu, a pył kopalniany znajdował drogę nawet do świeżo wypranej pościeli.
Mężczyzna mógł zejść pod ziemię, ale cała rodzina żyła w cieniu kopalni.
Rytm zmian wyznaczał pory posiłków i snu. Wypadek przy pracy potrafił w jednej chwili zamienić skromną stabilizację w katastrofę. Choroba jedynego żywiciela rodziny oznaczała nie tylko lęk o zdrowie, lecz również pytanie, z czego zapłacić za mieszkanie i nakarmić dzieci.
Rodziny tworzyły zarazem pierwszą przestrzeń, w której rozstrzygała się przyszłość polskiego języka. Rodzice mówili po polsku, dzieci uczyły się niemieckiego w szkole i na ulicy, a wnuki nierzadko znały z języka dziadków jedynie pojedyncze słowa, modlitwy albo nazwy potraw.
Asymilacja nie następowała podczas jednego uroczystego aktu. Wchodziła do domu przez szkolny zeszyt, podwórko, miejsce pracy, urząd i małżeństwo zawarte z osobą spoza własnej grupy.
Po szychcie budowali własny świat
Przybysze nie rozpłynęli się natychmiast w niemieckim społeczeństwie. Robili to, co migranci robią od wieków: szukali swoich.
Tworzyli stowarzyszenia, chóry, bractwa religijne, organizacje sportowe, związki zawodowe, kasy oszczędnościowe i sklepy. Spotykali się po pracy, organizowali uroczystości, odczyty i przedstawienia. Pomagali nowo przybyłym znaleźć mieszkanie oraz zatrudnienie. Pielęgnowali język i budowali sieć, dzięki której człowiek wyrwany ze swojej wsi nie trafiał w zupełną pustkę.
Polskie organizacje nie były tylko miejscem tańców, śpiewania pieśni i wspominania rodzinnych stron. Pełniły funkcję społeczną, ekonomiczną i polityczną. Uczyły ludzi poruszania się w nowym otoczeniu, dawały poczucie wspólnoty i reprezentowały interesy robotników.
Dla władz ta aktywność stawała się coraz bardziej podejrzana. Robotnik z kilofem był potrzebny. Robotnik z gazetą, poglądami i zdolnością do organizowania innych wyglądał już znacznie mniej niewinnie.
Robotnik z kilofem był potrzebny. Robotnik z gazetą zaczynał budzić niepokój.
W Zagłębiu Ruhry powstała cała polska infrastruktura społeczna. Nie był to świat całkowicie odcięty od niemieckiego otoczenia, ale też nie był jedynie jego potulnym dodatkiem. Ruhrpolen uczestniczyli w życiu przemysłowego regionu, a jednocześnie próbowali zachować własny język, religię i zbiorową pamięć.
Już w XIX wieku organizacje migrantów wywoływały pytania o to, czy pomagają w integracji, czy przeciwnie, utrwalają odrębność. Dzisiejsza debata o „zamykaniu się migrantów we własnych środowiskach” nie jest więc szczególnie nowatorska. Ma ponad sto lat, tylko dekoracje się zmieniły.
Mała Warszawa pośród kopalnianych szybów
Jednym z najważniejszych ośrodków polskiego życia w Zagłębiu Ruhry stało się Bochum.
Przy ulicy Am Kortländer skupiały się redakcje, organizacje, sklepy i instytucje związane z polską społecznością. Okolicę zaczęto nazywać Małą Warszawą. Nazwa była czymś więcej niż geograficznym żartem. Pokazywała skalę i widoczność polskiego życia w mieście.
Warszawy nie było wtedy na mapie jako stolicy niepodległej Polski. Jej mały odpowiednik wyrósł jednak pomiędzy kopalnianymi szybami w zachodnich Niemczech.
W Bochum działał między innymi „Wiarus Polski”, gazeta założona w 1890 roku. Nie był to niewinny biuletyn donoszący, że w niedzielę odbędzie się zebranie chóru, a po ostatniej potańcówce znaleziono cudzy parasol.
Gazeta informowała, kształtowała świadomość polityczną, wspierała działalność organizacji i podtrzymywała język. Pomagała budować wspólnotę ludzi rozproszonych po przemysłowych miastach regionu. Przypominała robotnikom, że choć mieszkają setki kilometrów od rodzinnych stron, nie muszą zostawiać własnej tożsamości w szatni przed zjazdem pod ziemię.
Wokół gazety i polskich instytucji powstało środowisko zdolne do organizowania zebrań, pomocy społecznej i działalności narodowej. Dla polskich mieszkańców Bochum była to przestrzeń własna. Dla władz stawała się dowodem, że przybysze nie zamierzają szybko zniknąć w niemieckim społeczeństwie.
Mała Warszawa była więc jednocześnie schronieniem i źródłem podejrzliwości.
Państwo niemieckie potrzebowało polskich rąk. Znacznie mniej entuzjastycznie patrzyło na polski głos.
Potrzebni gospodarce, podejrzani dla państwa
Ruhrpolen byli potrzebni kopalniom i hutom, ale przez część niemieckiego społeczeństwa postrzegano ich jako obcych, zacofanych, zbyt katolickich, zbyt licznych albo zbyt mocno przywiązanych do własnego języka.
Brzmi znajomo?
Powinno.
Każde pokolenie lubi wierzyć, że to właśnie ono wymyśliło dyskusję o tym, czy migranci chcą się integrować, czy zabierają pracę, dlaczego mieszkają blisko siebie i po co po tylu latach nadal mówią w domu własnym językiem.
Tymczasem podobne pytania chodziły po ulicach Bochum, Essen, Dortmundu, Bottropu i Gelsenkirchen już ponad sto lat temu. Miały tylko inne kapelusze.
Ruhrpolen byli obywatelami tego samego państwa, lecz różnica języka, religii i pochodzenia sprawiała, że traktowano ich jak grupę obcą. Władze obserwowały polskie organizacje, ograniczały możliwość używania języka polskiego podczas zebrań i próbowały osłabiać wpływy polskich działaczy.
Industrialne Niemcy znalazły się w dość niewygodnym położeniu. Potrzebowały ludzi ze wschodnich prowincji, aby rozwijać przemysł na Zachodzie, ale równocześnie obawiały się ich liczebności oraz odrębności.
Polskojęzyczny robotnik miał pracować, płacić i stopniowo stawać się Niemcem.
Najlepiej szybko, cicho i bez zadawania pytań.
Język dobry do pracy, gorszy do organizowania się
Niemiecki przemysł nie miał większych skrupułów przed korzystaniem z pracy ludzi, którzy słabo znali niemiecki. Dopóki robotnik rozumiał polecenia, pojawiał się na zmianie i wydobywał węgiel, jego język nie stanowił przeszkody nie do pokonania.
Sytuacja zmieniała się, gdy polszczyzna wychodziła poza dom i kopalniany chodnik. Kiedy stawała się językiem gazety, organizacji, wiecu albo działalności politycznej, zaczynała być traktowana jak zagrożenie.
Władze próbowały ograniczać publiczne używanie języka polskiego i działalność organizacji narodowych. Polskie stowarzyszenia znajdowały się pod nadzorem, a członkowie społeczności odczuwali presję germanizacyjną w urzędach, szkołach oraz życiu publicznym.
To stary europejski zwyczaj: cudze ręce są mile widziane, dopóki nie okazuje się, że pomiędzy nimi znajduje się również głowa, język i własna pamięć.
Polskiego robotnika potrzebowano przy wydobyciu węgla. Jego polskiej gazety potrzebowano już znacznie mniej.
Nazwisko również mogło przeszkadzać
Germanizacja nie kończyła się na szkole, urzędzie czy sali zebrań. Dotykała także nazwisk.
Polskie nazwiska zmieniano, upraszczano lub zapisywano w formie łatwiejszej dla niemieckich urzędników i otoczenia. Nie zawsze odbywało się to pod bezpośrednim przymusem. Czasami rodzinie zależało na świętym spokoju, lepszej pracy, awansie albo na tym, aby dzieci nie musiały bez końca tłumaczyć nauczycielowi, jak wymawiać nazwisko i dlaczego znajduje się w nim tyle spółgłosek.
Asymilacja rzadko wchodzi do domu, wyważając drzwi. Częściej przychodzi z formularzem i wyjaśnia, że tak będzie wygodniej.
Po kilku pokoleniach polskie pochodzenie mogło pozostawać widoczne w nazwisku, chociaż rodzina nie mówiła już po polsku i niewiele wiedziała o miejscowości, z której przyjechali dziadkowie. Innym razem nazwisko zdążyło się zmienić tak dalece, że dawnych korzeni trzeba było szukać w dokumentach, księgach parafialnych i rodzinnych opowieściach.
Nie każde nazwisko zakończone na „-ski” należało oczywiście do Polaka. Nie każdy jego właściciel uważał się za Polaka. Mapa tożsamości Ruhrpolen była znacznie bardziej skomplikowana niż mapa tras kolejowych prowadzących na Zachód.
A ta już była całkiem gęsta.
Dzieci pomiędzy dwoma światami
Pierwsze pokolenie żyło przede wszystkim w świecie pracy i polskiej wspólnoty. Drugie dorastało już pomiędzy domem mówiącym po polsku a szkołą, ulicą i zakładem mówiącymi po niemiecku.
Dzieci Ruhrpolen uczyły się funkcjonować w obu środowiskach. Część przejmowała niemiecką tożsamość, część zachowywała silne przywiązanie do polskości, a wiele osób łączyło oba światy bez potrzeby wybierania jednej czystej etykiety.
Integracja nie była prostą drogą od polskości do niemieckości. Przypominała raczej labirynt z wieloma wyjściami.
Jedna rodzina pozostawała aktywna w polskich organizacjach. Druga przestawała używać polskiego, aby dzieci miały łatwiejszy start. W trzeciej niemieckim mówiono w szkole i pracy, a polskim w domu i kościele. W czwartej każde z dzieci wybierało inną drogę.
Migranci nie żyli też w próżni. Pracowali z Niemcami i przedstawicielami innych grup, mieszkali obok nich, zawierali małżeństwa i uczestniczyli w życiu robotniczych miast. Z biegiem czasu granica pomiędzy „polskim” a „niemieckim” stawała się coraz mniej wyraźna.
Nie znaczy to, że znikały uprzedzenia. Człowiek mógł mówić bezbłędnie po niemiecku, pracować od młodości w tej samej kopalni i nadal być dla części otoczenia „tym Polakiem”.
Integracja nie zawsze kończy się wtedy, gdy migrant przestaje się wyróżniać. Czasem kończy się dopiero wtedy, gdy większość przestaje uporczywie szukać różnicy.
Gdy Polska wróciła na mapę
W 1918 roku, po 123 latach zaborów, Polska odzyskała niepodległość.
Dla Ruhrpolen nie była to jedynie wiadomość polityczna. Nagle pojawiła się możliwość powrotu do kraju, który wcześniej istniał przede wszystkim w języku, rodzinnej pamięci, religii, gazetach i działalności organizacji.
Tyle że po kilkudziesięciu latach sprawa nie była już prosta.
W Zagłębiu Ruhry znajdowały się domy, miejsca pracy, znajomi, parafie i groby bliskich. Dzieci urodzone na Zachodzie często znały rodzinne strony rodziców jedynie z opowieści. Dla części młodego pokolenia Polska była ojczyzną przodków, ale Zagłębie Ruhry było jedynym domem, jaki naprawdę znało.
Niektórzy wrócili do Polski. Inni przenieśli się do Francji i Belgii, gdzie po I wojnie światowej potrzebowano doświadczonych górników. Wielu zostało w Niemczech.
Nie dlatego, że nagle zapomnieli, skąd pochodzą.
Po prostu saksy zdążyły przestać być saksami.
To stały element historii migracji. Człowiek jedzie na kilka lat. Potem czeka na spłatę domu, ukończenie szkoły przez dzieci, następną umowę albo korzystniejszy moment. Mijają kolejne sezony, a powrót, początkowo oczywisty, staje się coraz bardziej skomplikowany.
Jeszcze rok. Jeszcze jedna wypłata. Jeszcze trochę.
Aż pewnego dnia okazuje się, że powrót do ojczyzny wymagałby kolejnej emigracji.
Powrót do ojczyzny nie zawsze oznacza powrót do domu. Czasem dom zdążył już wyrosnąć gdzie indziej.
Zostali w nazwiskach, klubach i pamięci
Z czasem potomkowie Ruhrpolen coraz częściej posługiwali się wyłącznie językiem niemieckim i utożsamiali się z Niemcami. Polskie organizacje traciły członków, część instytucji przestała istnieć, a dawna odrębność rozpływała się w kolejnych pokoleniach.
Nie zniknęła jednak całkowicie.
Pozostała w nazwiskach, księgach parafialnych, rodzinnych opowieściach, kulturze robotniczej i historii miast Zagłębia Ruhry. Została także w klubach sportowych, które rosły razem z przemysłowymi społecznościami regionu.
Najbardziej znanym przykładem jest Schalke 04, klub silnie związany z robotniczym Gelsenkirchen. W jego historii pojawiali się zawodnicy pochodzący z rodzin przybyłych ze wschodnich prowincji. Symbole klubu, Ernst Kuzorra i Fritz Szepan, wyrośli w środowisku ukształtowanym przez tę migrację.
Synowie ludzi, którzy zjeżdżali pod ziemię, zaczęli biegać po niemieckich stadionach, a ich nazwiska wykrzykiwały całe trybuny.
Tożsamość Ruhrpolen nie zachowała się w niezmienionej formie. Nie ma dziś jednej zwartej społeczności, która byłaby prostym przedłużeniem migracji sprzed ponad wieku. Pozostał jednak ślad, bez którego historia Zagłębia Ruhry byłaby niepełna.
Saksy, które zbudowały region
Ruhrpolen jechali na Zachód przede wszystkim po zarobek. Wielu zapewne planowało popracować kilka lat, odłożyć pieniądze i wrócić.
Mieli wydobywać węgiel.
Przy okazji budowali miasta, zakładali rodziny, tworzyli gazety, stowarzyszenia, parafie i kluby. Wchodzili w konflikty z władzami, uczyli się niemieckiego, bronili polskiego i stopniowo zmieniali region, który początkowo widział w nich głównie parę silnych rąk.
Nie byli wyłącznie tanią siłą roboczą ze Wschodu. Stali się współtwórcami Zagłębia Ruhry, jednego z najważniejszych regionów przemysłowych Europy.
Ich historia przypomina o rzeczy niewygodnej dla każdego kraju przyjmującego migrantów: można zaprosić człowieka wyłącznie do pracy, nie można jednak oczekiwać, że przyjedzie bez języka, pamięci, rodziny, przekonań i ambicji.
Można potrzebować jego rąk i jednocześnie obawiać się jego obecności. Można oczekiwać integracji, a zarazem przez lata przypominać mu, że nie jest całkiem swój. Można wreszcie sądzić, że migrant pojawił się tylko na chwilę, po czym odkryć, że jego dzieci i wnuki należą już do historii kraju równie mocno jak kopalnie, huty i kolejowe tory.
Ruhrpolen mieli wydobywać niemiecki węgiel. Wydobyli dla siebie również miejsce w niemieckiej historii.
I zostali w niej znacznie dłużej niż pył na roboczym ubraniu.
Kim właściwie byli Ruhrpolen?
Określeniem Ruhrpolen nazywano polskojęzycznych robotników oraz ich rodziny, którzy od drugiej połowy XIX wieku przenosili się przede wszystkim z pruskich prowincji wschodnich do Zagłębia Ruhry.
Nie była to grupa całkowicie jednolita. Wśród przybyszy znajdowali się Polacy, Mazurzy, Ślązacy i Kaszubi, różniący się wyznaniem, językiem oraz sposobem określania własnej tożsamości.
Większość pierwszych Ruhrpolen nie była formalnie cudzoziemcami. Jako mieszkańcy Prus, a następnie Cesarstwa Niemieckiego, posiadali niemieckie obywatelstwo i przemieszczali się wewnątrz jednego państwa.
Byli więc jednocześnie migrantami zarobkowymi, polskojęzycznymi mieszkańcami Niemiec i przedstawicielami społeczności, której tożsamość nie zawsze mieściła się w prostym podziale na Polaków i Niemców.
Bibliografia i źródła
Bundeszentrale für politische Bildung, Geschichte der Migration in Deutschland.
Bundeszentrale für politische Bildung, Osteuropäische Arbeitskräfte in Deutschland vom späten 19. Jahrhundert bis in die Gegenwart.
Bundeszentrale für politische Bildung, Polnische Spuren in Deutschland.
Bundeszentrale für politische Bildung, Der Ruhrbergbau.
Bundeszentrale für politische Bildung, Was ist das Ruhrgebiet?
Bundeszentrale für politische Bildung, Die Nummer 10 mit Migrationshintergrund.
Deutsches Historisches Museum, Zuwanderungsland Deutschland oraz materiały dotyczące urbanizacji i migracji w Cesarstwie Niemieckim.
Stadt Gelsenkirchen, Die „Ruhr-Polen” – Zuwanderung.
Porta Polonica, materiały dotyczące Ruhrpolen, polskich organizacji w Zagłębiu Ruhry, „Wiarusa Polskiego” oraz polskiego życia w Bochum.
LWL-Industriemuseum, materiały dotyczące Ruhrpolen, górnictwa oraz migracji do Zagłębia Ruhry.