Emigracyjny social scoring po polsku
Zanim ktoś wymyślił social scoring, Polacy na emigracji mieli już własny system oceny obywatela. Bez aplikacji, bez kodu QR, bez ministerstwa cyfrowej moralności i bez chińskiej technologii. Wystarczyła grupa na Facebooku, kilka komentarzy, jedna urażona osoba oraz ktoś, kto „tylko pyta”.
Punkty przyznawano za pokorę. Odejmowano za samodzielność. Plus za ciężką pracę, ale tylko dopóki nie dawała zbyt dobrych efektów. Minus za brak języka, ale też minus za to, że ktoś język znał i przez to „robił z siebie panią”. Plus za skromność, minus za ambicję. Plus za cierpienie, minus za to, że człowiek przestał cierpieć i jeszcze śmiał sobie poradzić.
Nie jest to social scoring w sensie technicznym. Nikt nie wyświetla nam w telefonie komunikatu: „Twoja przydatność społeczna spadła o 12 punktów, ponieważ miałaś własne zdanie”. Nie ma tabeli, urzędu ani systemu centralnego. Jest coś swojskiego, miękkiego i lepkiego: emigracyjna kartoteka z plotek, aluzji, domysłów i komentarzy pisanych z pozycji moralnego taboretu.
A taboret, jak wiadomo, daje człowiekowi złudzenie wysokości.
Punkt pierwszy: język
Na emigracji język jest walutą. Tylko dziwnym trafem nie wszyscy chcą ją uznać.
Gdy ktoś języka nie zna, słyszy, że powinien się uczyć. Gdy ktoś język zna, słyszy, że się wywyższa. Gdy załatwia sprawy samodzielnie, robi się podejrzany. Gdy nie załatwia, jest niezaradny. Gdy tłumaczy innym przepisy, „mądruje się”. Gdy nie tłumaczy, „nic nie pomaga, a mogłaby”.
I tak powstaje pierwszy punkt w emigracyjnej tabeli: człowiek ma znać język, ale najlepiej tak cicho, żeby nikomu nie zrobiło się przykro.
Najbardziej bezpieczna jest znajomość umiarkowana. Taka, żeby zrozumieć rozkład jazdy, ale broń Boże nie umowę. Bo kiedy człowiek zaczyna rozumieć umowę, wynagrodzenie, ubezpieczenie, obowiązki i własne prawa, wtedy kończy się sympatyczny obrazek „naszej dziewczyny za granicą”, a zaczyna niepokojąca figura osoby dorosłej.
A osoba dorosła, jak wiadomo, psuje atmosferę. Zwłaszcza tym, którzy lubią atmosferę zarządzaną odgórnie.
Punkt drugi: praca
Druga rubryka to praca. Najlepiej ciężka, niewdzięczna i odpowiednio upokarzająca, bo wtedy nikt nie musi zazdrościć. Człowiek może być wtedy dzielny, skromny i „taki nasz”. Można go pochwalić. Można mu współczuć. Można nawet napisać pod postem serduszko.
Gorzej, jeśli ta sama osoba zaczyna rozumieć stawki, przepisy, umowy i zakres obowiązków.
Wtedy już nie jest dzielna. Wtedy „wydziwia”.
Chce jasnych warunków? Roszczeniowa.
Pyta o czas wolny? Wygodna.
Nie chce być prowadzona za rączkę? Zadziera nosa.
Nie godzi się na wszystko? Trudna.
Robi swoje bez dramatu? Pewnie jej się udało, bo miała szczęście.
Najlepiej oceniany pracownik emigracyjny to taki, który pracuje ciężko, ale nie za pewnie. Umie dużo, ale nie pokazuje. Wie swoje, ale przeprasza, że wie. Jest samodzielny, ale z zachowaniem pokornej mimiki twarzy.
Bo samodzielność, jeśli nie jest odpowiednio przygarbiona, bywa odbierana jako bezczelność.
Punkt trzeci: sukces
Sukces na emigracji jest tolerowany pod jednym warunkiem: musi być odpowiednio skromny, najlepiej przypadkowy i koniecznie okupiony cierpieniem.
Można mieć trochę lepiej, ale nie za bardzo. Można awansować, ale bez przesady. Można zarabiać więcej, ale należy natychmiast dodać, że to tylko fart, że człowiek trafił, że w sumie nic wielkiego, że „każdy by tak mógł”. Trzeba swój sukces obłożyć watą przeprosin, żeby przypadkiem nikogo nie uwierał.
Bo jeśli ktoś powie wprost: nauczyłam się, zapracowałam, ogarnęłam, zrobiłam swoje, to natychmiast zbiera się komisja.
Nieformalna, ale bardzo czynna.
Komisja do spraw cudzej zaradności bada, czy sukces nie jest przypadkiem za śmiały. Czy nie urósł ponad stan. Czy człowiek nie zapomniał, że powinien być wdzięczny, skulony i najlepiej trochę przestraszony. Czy przypadkiem nie wygląda na zbyt spokojnego. Bo spokój człowieka, któremu się udało, potrafi niektórych drażnić bardziej niż klęska.
Klęskę można głaskać po głowie.
Sukces trzeba przesłuchać.
Punkt czwarty: etykieta
Na forach i grupach etykieta przykleja się szybciej niż fakt.
Ktoś raz zapyta zbyt konkretnie i już jest konfliktowy. Ktoś raz poprawi błąd i już się wymądrza. Ktoś raz opisze własne doświadczenie i już „robi z siebie eksperta”. Ktoś raz nie przyjmie tonu starszyzny plemiennej i już ma opinię trudnej osoby.
Potem wszystko, co napisze, przechodzi przez tę etykietę.
Nie ma już zdania, jest „jej styl”.
Nie ma argumentu, jest „znowu zaczyna”.
Nie ma doświadczenia, jest „wiadomo, ona zawsze”.
Nie ma człowieka, jest streszczenie napisane przez osoby, które nie przeczytały książki.
To jest właśnie społeczna punktacja bez tabelki. Nie trzeba algorytmu. Wystarczy kilka osób, które lubią wiedzieć lepiej, co ktoś miał na myśli. Najpierw dopisują intencję. Potem robią z niej cechę charakteru. Na końcu traktują własny domysł jak dowód.
A jeśli dowód nie pasuje do tezy, tym gorzej dla dowodu.
Punkt piąty: moralny taboret
Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że ten system nie potrzebuje złych ludzi. Wystarczą ludzie przekonani, że mają prawo oceniać cudze życie, bo sami też kiedyś mieli ciężko.
Cierpienie staje się wtedy dyplomem. Dyplom uprawnia do recenzowania innych. Recenzowanie przechodzi w komisję. Komisja obraduje stale, bo internet nie zna przerw śniadaniowych.
Ktoś pracował za grosze, więc podejrzliwie patrzy na tych, którzy zarabiają lepiej. Ktoś sam nie znał języka, więc drażni go ten, kto się nauczył. Ktoś latami godził się na byle jakie warunki, więc cudze granice odbiera jako fanaberię. Nie jako znak, że można inaczej. Nie jako dowód, że coś się zmienia. Tylko jako osobisty afront.
Bo nic tak nie irytuje jak człowiek, który wyszedł z roli, którą mu wygodnie przypisano.
Miał być skromny, a jest rzeczowy.
Miał prosić, a pyta.
Miał się bać, a sprawdza.
Miał czekać, aż ktoś mu pokaże palcem, a sam przeczytał instrukcję.
Taki człowiek psuje porządek. Nie dlatego, że robi coś złego. Dlatego, że pokazuje, że porządek był wygodny głównie dla tych, którzy stali wyżej na taborecie.
Emigracyjna kartoteka
Emigracyjny social scoring nie ma aplikacji. Nie pokazuje wyniku w telefonie. Nie wysyła powiadomień. Nie mówi: „Uwaga, twoja ocena środowiskowa spadła, ponieważ poradziłaś sobie bez zbiorowej konsultacji”.
Działa ciszej.
W komentarzu.
W aluzji.
W „wszyscy wiedzą”.
W zdaniu: „ona się zmieniła”.
W pytaniu: „a kim ona właściwie jest, żeby pouczać?”.
W tym małym, swojskim systemie kontroli, gdzie najbardziej podejrzany bywa nie ten, kto oszukuje, tylko ten, kto przestał prosić o pozwolenie na własne życie.
Bo na emigracji wielu rzeczy można się dorobić: pracy, języka, pieniędzy, doświadczenia, świętego spokoju. Ale niektórzy nigdy nie wybaczą człowiekowi tego ostatniego.
Zwłaszcza jeśli sami nadal stoją w kolejce po zgodę.