Europa mówi: potrzebujemy pracowników.
A potem, już trochę ciszej, najlepiej drobnym drukiem pod tabelką, dodaje: ale może tak, żeby ich nie było za bardzo widać.
To zdanie można by dziś powiesić nad wieloma europejskimi dworcami, magazynami, szpitalami, domami opieki, szklarniami, hotelami i autobusami pracowniczymi. Nad tymi wszystkimi miejscami, gdzie codziennie kręci się gospodarka, a wraz z nią ludzie, którzy przyjechali „na chwilę”, „na sezon”, „na kontrakt”, „na zlecenie”, „do opieki”, „do magazynu”, „do sprzątania”, „na budowę”, „do zbiorów”, „do fabryki”.
Na saksach człowiek szybko się uczy, że Europa ma do pracownika z zagranicy stosunek czuły jak urząd skarbowy do błędnie wypełnionego formularza. Niby potrzebny. Niby mile widziany. Niby gospodarka bez niego zaczyna kaszleć. Ale jednocześnie trzeba go policzyć, opisać, ograniczyć, sprawdzić, obciążyć, zakwaterować byle gdzie, a potem jeszcze grzecznie zdziwić się, że ma jakieś oczekiwania.
Bo przecież przyjechał zarobić. A skoro przyjechał zarobić, to wiadomo: powinien się cieszyć.
Szwajcaria liczy mieszkańców
W Szwajcarii 14 czerwca 2026 roku odbędzie się głosowanie nad inicjatywą „Nie dla Szwajcarii z 10 milionami mieszkańców”. Chodzi o pomysł, by stała liczba mieszkańców kraju nie przekroczyła 10 milionów do 2050 roku. Według szwajcarskich władz pod koniec 2025 roku w kraju mieszkało około 9,1 miliona osób, a od wprowadzenia swobody przepływu osób w 2002 roku liczba mieszkańców wzrosła o około 1,7 miliona, głównie przez migrację. Szwajcarski rząd sam przyznaje, że im silniejsza gospodarka, tym trudniej firmom znaleźć pracowników wyłącznie na miejscu, dlatego przedsiębiorstwa, szpitale i domy opieki często rekrutują specjalistów z UE. (Swiss Federal Council)
I tu zaczyna się ten europejski taniec z wachlarzem.
Z jednej strony: gospodarka potrzebuje ludzi. Z drugiej: mieszkańcy widzą drogie mieszkania, tłok w pociągach, napiętą infrastrukturę, kolejki do lekarzy, szkoły, drogi, czynsze i pytają: ile jeszcze?
To nie jest pytanie zupełnie z kosmosu. Problem zaczyna się wtedy, gdy najłatwiejszą odpowiedzią staje się sam przyjezdny pracownik. Nie planowanie przestrzenne. Nie rynek mieszkań. Nie polityka infrastrukturalna. Nie fakt, że kraj przez lata korzystał z cudzej pracy, ale nie zawsze z taką samą energią budował warunki dla rosnącej liczby ludzi.
Nie. Najłatwiej wskazać człowieka z walizką.
Inicjatywa szwajcarska ma też znacznie większy ciężar niż samo hasło o 10 milionach. W oficjalnym opisie czytamy, że po przekroczeniu określonych progów władze musiałyby podjąć działania ograniczające wzrost populacji, a gdyby limit 10 milionów został przekroczony, Szwajcaria musiałaby wypowiedzieć umowy przyczyniające się do wzrostu liczby ludności, w tym umowę z UE o swobodnym przepływie osób. To mogłoby naruszyć cały pakiet umów bilateralnych z Unią. (Swiss Federal Council)
Czyli nie mówimy tylko o tym, czy w Zurychu jeszcze zmieści się ktoś z walizką na peronie. Mówimy o modelu gospodarki, który przez lata korzystał z otwartego dostępu do pracowników z Europy, a teraz coraz wyraźniej słyszy: dobrze, ale może już wystarczy.
Ostatni sondaż przed głosowaniem wskazywał, że większość badanych jest przeciwko inicjatywie, ale poparcie dla niej nadal było wysokie: 45 procent za, 52 procent przeciw. I to jest ważne. Nawet jeśli inicjatywa przepadnie, sam temat nie przepadnie. On już siedzi przy stole. Ma własne krzesło, własny talerz i jeszcze pyta, kto tu zjadł za dużo. (Reuters)
Holandia liczy zaległe wypłaty
Holandia od lat ma własny rozdział w księdze europejskiego korzystania z taniej siły roboczej. Rolnictwo, ogrodnictwo, magazyny, logistyka, produkcja, agencje pracy, zakwaterowanie powiązane z zatrudnieniem. Kto był, ten wie. Kto nie był, temu agencja pokaże folder z uśmiechniętym człowiekiem w kamizelce odblaskowej i domkiem pracowniczym tak pięknym, że aż mu okna drżą ze wzruszenia.
Ostatnio holenderski rząd zapowiedział ostrzejsze działania wobec pracodawców, którzy płacą pracownikom za mało. Projektowane przepisy mają ułatwić niedopłaconym pracownikom dochodzenie pieniędzy, a ciężar wykazania, że wynagrodzenie było prawidłowe, ma spoczywać na pracodawcy. To szczególnie ważne dla migrantów, bo to oni często mają największy problem z udowodnieniem liczby godzin, stawek, potrąceń i realnej wysokości wypłaty. (NL Times)
I znów: odkrycie na miarę postawienia ławki na dworcu. Jeżeli pracodawca prowadzi dokumentację tak, że nic z niej nie wynika, a pracownik nie zna dobrze języka, systemu i prawa, to potem oczywiście „trudno udowodnić” zaniżenie wypłaty.
Trudno, bo papier zniknął.
Trudno, bo godziny były „umowne”.
Trudno, bo część pieniędzy poszła w diety, potrącenia, lokum, transport, opłaty i inne magiczne rubryki, w których wypłata topnieje jak margaryna na parapecie.
Holenderska Inspekcja Pracy podała niedawno konkretny przykład z czterema polskimi pracownikami delegowanymi do pracy w Holandii. Pracowali dla firmy przeprowadzkowej, a inspekcja stwierdziła naruszenia przepisów o delegowaniu i płacy minimalnej. Problem polegał między innymi na tym, że polska firma nie potrafiła wykazać, iż pracownicy byli prawidłowo opłaceni zgodnie z holenderskimi warunkami. W grę mogą wchodzić kary około 30 tysięcy euro. (Netherlands Labour Authority)
To jest bardzo ważny przykład, bo pokazuje coś prostego: praca w Holandii oznacza holenderskie warunki pracy. Nie „polską pomysłowość w delegowaniu”, nie „jakoś to rozliczymy”, nie „dieta przykryje wszystko jak obrus plamę po barszczu”.
Jeżeli człowiek pracuje w Holandii, to ma mieć warunki zgodne z holenderskimi przepisami. I kropka.
Niemcy liczą brakujące ręce do pracy
Niemcy też mają swój paradoks. Z jednej strony zaostrzają rozmowę o migracji, integracji, kosztach i napięciach społecznych. Z drugiej strony od lat potrzebują pracowników. Do opieki, przemysłu, usług, transportu, gastronomii, logistyki, budownictwa i wielu zawodów, których nie da się obsadzić samym moralnym wzmożeniem w telewizji śniadaniowej.
Od 1 stycznia 2026 roku niemiecka płaca minimalna wynosi 13,90 euro brutto za godzinę, a od 1 stycznia 2027 roku ma wzrosnąć do 14,60 euro. Co ważne, niemieckie ministerstwo pracy wyraźnie wskazuje, że płaca minimalna dotyczy również pracowników zagranicznych, jeśli pracują w Niemczech, niezależnie od tego, czy zatrudnia ich pracodawca krajowy, czy zagraniczny. Dotyczy też pracowników sezonowych. (BMAS)
To niby podstawowa informacja, ale na saksach podstawowe informacje bywają najbardziej wywrotowe.
Bo jeśli pracownik zagraniczny ma prawo do tej samej płacy minimalnej, to nagle kończy się bajka o „tańszym człowieku ze Wschodu”. A kiedy kończy się ta bajka, zaczyna się drugi lament: że usługi drożeją, opieka kosztuje, zbiory nie są za darmo, a ktoś musi zapłacić za pracę człowieka, który ośmielił się mieć żołądek, czynsz i składki.
Nie da się jednocześnie narzekać, że nikt nie chce pracować, i oburzać się, że ci, którzy pracują, chcą normalnie zarobić.
Chociaż, sądząc po debacie publicznej, da się. Człowiek jest zdolny do rzeczy wielkich, zwłaszcza gdy trzeba pogodzić sprzeczność z własną wygodą.
Pracownik z zagranicy jako śruba w maszynie
Największy problem polega na tym, że pracownik migracyjny często jest traktowany nie jak człowiek, tylko jak element urządzenia. Ma się pojawić tam, gdzie system ma brak. Ma wykonać pracę. Ma nie marudzić. Ma nie chorować. Ma nie pytać za dużo. Ma nie zajmować mieszkania, miejsca w pociągu, terminu u lekarza ani przestrzeni w debacie publicznej.
Ma być obecny ekonomicznie i nieobecny społecznie.
To bardzo wygodne rozwiązanie. Prawie eleganckie. Jak postawienie parawanu przed dziurą w ścianie.
Ale pracownik z zagranicy nie jest powietrzem roboczym. Nie jest tabelką w Excelu. Nie jest „zasobem”. Nie jest też wdzięcznym dodatkiem do gospodarki, który można wyjąć z szuflady, gdy brakuje rąk do pracy, a potem schować, gdy zaczyna przeszkadzać w krajobrazie.
To człowiek, który płaci rachunki, uczy się języka, szuka mieszkania, stoi w kolejce do lekarza, wysyła pieniądze rodzinie, zakłada rodzinę, zostaje albo wraca. Czasem pracuje poniżej kwalifikacji. Czasem nadrabia braki systemu. Czasem dźwiga dom opieki, magazyn, gospodarstwo, hotel albo prywatny dom, w którym nagle okazuje się, że „rodzina sobie nie radzi”.
I wtedy jest potrzebny.
Ale gdy robi się dyskusja o mieszkaniach, kolejkach, kosztach i tłoku, bywa już kłopotliwy.
Europa chce mieć ciastko i zjeść pracownika
W wielu krajach widać dziś ten sam wzór. Gospodarka potrzebuje migracji zarobkowej, ale polityka coraz częściej chce sprzedawać wyborcom obietnicę ograniczania migracji. Pracodawcy potrzebują ludzi, ale część z nich najchętniej płaciłaby tak, jakby człowiek przyjechał nie do pracy, tylko odbyć pokutę. Państwo potrzebuje składek i podatków, ale społeczeństwo nie zawsze chce zaakceptować, że za pracownikiem idzie także normalne życie: mieszkanie, szkoła, lekarz, transport, rodzina, język, obecność.
To nie znaczy, że każdy problem z migracją jest wymyślony. Nie jest.
Mieszkania naprawdę są drogie. Infrastruktura naprawdę bywa przeciążona. Integracja naprawdę kosztuje. Rynki pracy naprawdę bywają rozjechane przez agencje, pośredników i firmy, które robią z ludzi mięso kontraktowe. Lokalne społeczności naprawdę odczuwają zmianę.
Ale uczciwa rozmowa zaczyna się dopiero wtedy, gdy przestajemy udawać, że problemem jest sam człowiek przyjeżdżający do pracy.
Bo jeśli kraj przez lata potrzebował pracowników z zagranicy, korzystał z ich pracy, składek, dyspozycyjności i gotowości do robienia tego, czego miejscowi często robić nie chcieli albo nie mogli, to nie może potem z niewinną miną powiedzieć: proszę się rozproszyć, zrobiło się państwa za dużo.
To trochę tak, jakby zaprosić gości do przenoszenia mebli, a potem mieć pretensje, że zostawili ślady na dywanie.
Co z tego wynika dla ludzi na saksach?
Po pierwsze: trzeba znać swoje prawa. To nie jest nudna formułka z broszury, tylko podstawowa ochrona przed tym, żeby ktoś nie zrobił z człowieka ruchomej części zamiennej. Stawka, czas pracy, zakwaterowanie, potrącenia, urlop, ubezpieczenie, dokumentacja godzin, warunki delegowania, płaca minimalna. To są rzeczy, które trzeba rozumieć, zanim podpisze się papier, a nie dopiero wtedy, gdy z wypłaty zostaje na kawę i gorzką refleksję.
Po drugie: język ma znaczenie. Nie dlatego, że bez języka człowiek jest gorszy, tylko dlatego, że bez języka częściej jest zależny. Od pośrednika. Od tłumacza. Od dobrej woli pracodawcy. Od koleżanki z pokoju. Od kogoś, kto „wszystko załatwi”, a potem jakoś dziwnie zawsze załatwia najpierw sobie.
Po trzecie: Europa coraz bardziej będzie liczyć. Ludzi, godziny, umowy, mieszkania, wypłaty, składki, przekroczenia, limity i niedobory. Kto pracuje za granicą, musi liczyć razem z nią. Nie tylko pieniądze. Także własne granice.
Bo pracownik z zagranicy też ma prawo zadać pytanie.
Nie tylko: ile zarobię?
Ale też: na jakich warunkach?
I czy ta praca jeszcze buduje życie, czy już tylko łata cudzy system?
Na koniec
Europa potrzebuje pracowników z zagranicy. Bez nich wiele sektorów zaczęłoby trzeszczeć szybciej, niż politycy zdążyliby znaleźć komisję do zbadania sprawy.
Ale Europa coraz częściej chce tych pracowników w wersji wygodnej: mobilnych, cichych, tanich, wdzięcznych i niewidzialnych.
A pracownik z zagranicy coraz częściej odpowiada: dobrze, ale ja też liczę.
Liczy godziny. Liczy wypłatę. Liczy potrącenia. Liczy kilometry do domu. Liczy lata poza krajem. Liczy, ile kosztuje święty spokój. I liczy, czy w tym wszystkim jest jeszcze miejsce na godność.
Godność, w przeciwieństwie do taniego zakwaterowania pracowniczego, nie powinna być potrącana z pensji.
Źródłowo tekst opiera się na aktualnych informacjach ze szwajcarskiej administracji federalnej, SWI/Reuters, niemieckiego BMAS oraz holenderskiej Inspekcji Pracy.