O delegowaniu, niedźwiedziu i dokumencie A1
Niedźwiedź przeczytał ogłoszenie:
„Potrzebujemy pracowników do pracy za granicą. Warunki europejskie. Wynagrodzenie atrakcyjne. Formalności po naszej stronie.”
— Zgłoszę się — powiedział Niedźwiedź, składając gazetę z powagą stworzenia, które jeszcze nie wie, że zaraz stanie się załącznikiem do formularza.
— Zawsze chciałem być pracownikiem europejskim.
— I delegowanym — dodał Lis, który stał obok i jadł jabłko cudze, ale zgodnie z procedurą.
— Delegowanym brzmi dobrze — ucieszył się Niedźwiedź. — Człowiek jedzie, pracuje, zarabia, wraca. Porządek.
— Właśnie porządek jest tu najbardziej podejrzany — zauważył Lis.
Po drodze Niedźwiedź snuł wielkie plany.
— Będę pracował za granicą. Ta sama praca, ta sama płaca. Tak teraz mówią.
— Mówią różne rzeczy — odparł Lis. — Na przykład „atrakcyjne wynagrodzenie”, a potem okazuje się, że atrakcyjna była głównie podróż.
Przyjęto ich w biurze.
Biuro stało w baraku.
Barak stał przy granicy.
Granica stała tam od dawna i patrzyła na wszystkich z miną urzędnika, który już wszystko widział.
Za biurkiem siedział Dyrektor Delegacji Zagranicznych. Miał pieczątkę, segregator i spojrzenie człowieka, który potrafił wysłać kogoś do pracy, zanim sam zrozumiał, dokąd.
— Bardzo mi miło, że pan się zgłasza — powiedział. — Można poznać godność?
— Pracownik europejski — przedstawił się Niedźwiedź krótko.
— Pracownik? — zdziwił się Dyrektor. — Czy jest pan tego pewny?
— Ewentualnie specjalista.
— No dobrze. A zgodziłby się pan być delegowany?
— Jeśli trzeba.
— Trzeba zawsze. To jest bardzo wygodne zwierzę administracyjne. Pracuje za granicą, ale na papierze stoi jedną łapą w kraju macierzystym.
— A drugą?
— Drugiej łapy nie rozliczamy.
Lis chrząknął.
— A wynagrodzenie?
Dyrektor spojrzał na Lisa z przykrością, jakby ten właśnie wniósł do biura żywe prawo pracy.
— Wynagrodzenie oczywiście atrakcyjne. Część zasadnicza, część dodatkowa, część dietetyczna, część duchowa i część, której lepiej nie drażnić.
— A składki? — zapytał Lis.
Dyrektor westchnął.
— Pan jest trudny.
— Nie. Ja tylko słyszę, kiedy papier zaczyna warczeć.
Niedźwiedź poczuł się nieswojo.
— Ale teraz podobno mają być nowe przepisy. Zgłoszenie przed wyjazdem, A1 szybciej, równe warunki od pierwszego dnia…
Dyrektor pobladł.
— Kto panu takich rzeczy naopowiadał?
— Unia.
— Aha — powiedział Dyrektor i spojrzał w okno. — Ona czasem tak ma. Najpierw nic, nic, a potem nagle przypomina sobie, że człowiek nie jest dodatkiem do delegacji.
Z szafy wyszedł Urzędnik Kontrolny.
Nikt go wcześniej nie widział, ale wszyscy mieli wrażenie, że od dawna tam siedział.
— Proszę kontynuować — powiedział Urzędnik. — Ja tylko sprawdzam, czy pracownik delegowany ma mieć warunki jak lokalny.
— Ma — powiedział Niedźwiedź.
— Teoretycznie — poprawił Dyrektor.
— Praktycznie — powiedział Urzędnik.
W biurze zrobiło się cicho. Tylko pieczątka drżała na stole, jakby przeczuwała koniec epoki.
— Czyli — zapytał Niedźwiedź — jeśli jadę do pracy za granicę, to mam mieć wynagrodzenie i dodatki zgodne z miejscowymi zasadami?
— Od pierwszego dnia — powiedział Urzędnik.
— A nie od czwartego miesiąca, po trzecim aneksie i drugim telefonie do księgowej?
— Od pierwszego.
Dyrektor złapał się za serce.
— Panowie, litości. W ten sposób cała poezja delegowania upadnie.
— Poezja? — zdziwił się Lis.
— Tak. Dotąd wszystko miało lekkość. Pracownik był tu, pracował tam, pieniądze szły bokiem, składki szły skromnie, a papier fruwał nad tym wszystkim jak gołąb pokoju.
— Raczej kura bez głowy — mruknął Lis.
Niedźwiedź wyprostował się dumnie.
— Ja się zgadzam na pracę. Ale nie zgadzam się udawać, że jestem tańszym gatunkiem pracownika tylko dlatego, że przekroczyłem granicę.
Dyrektor spojrzał na niego z wyrzutem.
— Pan ma za wysokie oczekiwania jak na niedźwiedzia.
— Ja dla pana przyjemności nie będę udawał pluszaka — obraził się Niedźwiedź.
Urzędnik odnotował coś w notesie.
— Bardzo dobrze. A pan, Dyrektorze, proszę przygotować zgłoszenie przed wyjazdem, dokumenty A1 i rozliczenie według prawa kraju przyjmującego.
— A jeśli nie przygotuję?
— Wtedy przyjdziemy jeszcze raz.
— Z kontrolą?
— Nie. Z rzeczywistością.
I to dopiero Dyrektora przestraszyło naprawdę. Bo kontrolę można było czasem zagadać, opóźnić, zgubić w segregatorze. Ale rzeczywistość miała tę okropną właściwość, że przychodziła bez zapowiedzi i siadała człowiekowi na fakturze.
Niedźwiedź wyszedł z biura jako pracownik.
Lis za nim jako świadek.
A Dyrektor został przy biurku i długo patrzył na pieczątkę. W końcu powiedział do niej cicho:
— Dawniej to były czasy. Człowiek wysyłał ludzi za granicę i nikt nie pytał, czy wracają z pensją, składką, czy tylko z doświadczeniem.
Pieczątka milczała.
Widocznie też już wiedziała, że idą nowe przepisy.
Redakcja