Transport dowozi ciało. Koordynator odbiera sygnały. Składki trzymają system w legalności. Ale żadna z tych rzeczy nie zastąpi doświadczenia przy demencji.
W opiekuńczym wszechświecie istnieje pewien szczególny układ ciał niebieskich, zwany przez pośredników „zapewnionymi warunkami”. Składa się on przeważnie z trzech satelitów: Transportu, Koordynatora i Składek. Satelity te, raz wypuszczone na orbitę ogłoszenia, krążą potem wokół każdej rozmowy o wynagrodzeniu, przesłaniając co jakiś czas samą pracę, zupełnie jak kawałek niefortunnie wyrzuconej za burtę wołowiny przesłaniałby słońce samotnemu pilotowi rakiety.
Transport pojawia się pierwszy. Jest to pojazd o właściwościach niemal cudownych, przynajmniej w opisach. Ma dowieźć opiekunkę na miejsce, co rzeczywiście czyni, jeśli akurat nie pomyli adresu, przystanku, przewoźnika ani godziny. Ale w narracji agencyjnej transport bywa czymś znacznie większym. Zdaje się posiadać ukryty reaktor pedagogiczny, albowiem od kobiety, która nim przyjechała, oczekuje się czasem, że wysiądzie już nie tylko z walizką, lecz także z doświadczeniem przy demencji, znajomością niemieckiego, spokojem terapeuty, refleksem pielęgniarki i cierpliwością automatu orbitalnego, który przez sześć milionów lat liczy perturbacje orbity cudzych pretensji.
Tymczasem, o ile wiadomo, bus nie naucza demencji. Nie przerabia w drodze dezorientacji, nocnych lęków, pytań powtarzanych w pętli ani tego szczególnego momentu, kiedy senior o trzeciej nad ranem nie wie, gdzie jest, a opiekunka musi zdecydować, czy odpowiedzieć słowem, gestem, ciszą, światłem w korytarzu czy szklanką wody. Bus dowozi ciało. Nie dowozi kompetencji.
Drugim satelitą jest Koordynator. To ciało bardziej złożone, przeważnie głosowe. Występuje pod postacią numeru telefonu, czasem miłego, czasem zmęczonego, czasem tak odległego, że fale radiowe z Marsa wydają się przy nim rozmową przez uchylone drzwi. Koordynator odbiera sygnały, zapisuje meldunki, mówi, że „rozumie sytuację”, a w cięższych przypadkach używa formuły ostatecznej: „proszę obserwować”.
Nie należy umniejszać koordynatorowi. W systemie ma swoje miejsce, tak jak śrubka ma swoje miejsce w silniku. Problem zaczyna się wtedy, gdy śrubkę przedstawia się jako cały silnik. Koordynator nie siedzi przy stole z człowiekiem, którego pamięć właśnie odłączyła kilka przewodów. Nie patrzy w oczy seniorowi, który pyta o matkę zmarłą pół wieku temu. Nie słyszy co pięć minut „halo, halo”, gdy dom zaczyna nadawać sygnał awaryjny. Nie musi wybierać między prostowaniem rzeczywistości a wejściem w nią bocznym włazem, ostrożnie, żeby nie rozszczelnić człowieka jeszcze bardziej.
Koordynator może powiedzieć: „proszę go uspokoić”. Opiekunka musi wiedzieć jak.
To jest różnica między instrukcją obsługi rakiety a wyjściem na jej powierzchnię, kiedy regulator ciągu już dawno odpadł i krąży obok jako wyrzut sumienia z gwintem.
Trzecim satelitą są Składki. Tu zaczyna się dopiero piękno cywilizacji księgowej. Składki bywają przedstawiane tak, jakby były szczególnym darem, czymś między orderem a pakietem żywnościowym zrzuconym na bezludną planetę. Tymczasem składki są elementem legalnej pracy. Kosztem systemu. Częścią konstrukcji. Nie premią za trudną demencję, nie dodatkiem za noce, nie odszkodowaniem za lęk seniora, nie zapłatą za umiejętność powstrzymania awantury, zanim ta zdąży się urodzić.
Legalność pracy nie jest luksusem. Jest minimalnym poziomem cywilizacji, choć wiem, że w niektórych galaktykach branżowych brzmi to jak odkrycie pierwiastka o niespotykanej masie atomowej.
Najosobliwsze jednak jest to, że te trzy satelity mają często zastąpić rozmowę o samej pracy. Kiedy opiekunka mówi o stawce, w przestrzeni natychmiast rozbrzmiewa wielki agencyjny komunikat:
„Ale przecież jest transport!”
„Ale przecież jest koordynator!”
„Ale przecież są składki!”
Po takim wyliczeniu można by sądzić, że wszystko zostało rozwiązane. Demencja ustąpiła przed rozkładem jazdy, nocny lęk seniora wycofał się z szacunku dla ubezpieczenia, a doświadczenie opiekunki stało się zbędne, ponieważ gdzieś w centrali ktoś posiada telefon.
Niestety, rzeczywistość, istota złośliwa i nieczytająca materiałów marketingowych, działa inaczej.
Transport nie uspokaja chorego człowieka.
Koordynator nie rozpoznaje z daleka, czy senior woła z bólu, strachu, przyzwyczajenia czy pustki w głowie.
Składki nie nauczą opiekunki, że z demencją nie prowadzi się rozprawy sądowej o fakty.
A kiedy dom zaczyna się rozpadać na „halo, halo” co kilka minut, nie wystarczy być dowiezionym, ubezpieczonym i zaopatrzonym w numer telefonu. Trzeba jeszcze wiedzieć, co zrobić, żeby ten dom nie zamienił się w stację kosmiczną po zderzeniu z fasolą Jaśkiem.
Trzeba wiedzieć, kiedy nie poprawiać.
Kiedy nie mówić „przecież”.
Kiedy nie tłumaczyć po raz dziesiąty tego, czego chory mózg nie przyjmie nawet za jedenastym.
Kiedy podać zdjęcie, zamiast argumentu.
Kiedy zmienić ton, nie temat.
Kiedy odpuścić prawdę faktograficzną, żeby uratować prawdę emocjonalną.
I to właśnie jest kompetencja. Nie dekoracja. Nie miły dodatek do charakteru. Nie luksusowy breloczek przy walizce. Kompetencja jest tym drugim człowiekiem potrzebnym do przykręcenia steru, kiedy statek już leci za szybko, śruba jest po niewłaściwej stronie, a instrukcja obsługi zapewnia tylko, że „w razie trudności proszę zachować spokój”.
W modelu agencyjnym zachodzi przy tym zjawisko godne osobnej pracy naukowej. Kiedy rozmawia się z klientem, kompetentna opiekunka staje się produktem wysokiej klasy. Ma doświadczenie, język, referencje, zna demencję, jest spokojna, odpowiedzialna, sprawdzona. Można ją opisać jak stabilizator lotu, który pozwoli rodzinie spać bez poczucia, że za chwilę cała konstrukcja wejdzie w atmosferę pod złym kątem.
Kiedy jednak ta sama opiekunka pyta o wyższą stawkę, stabilizator nagle zostaje zdegradowany do pasażera busa. Wtedy okazuje się, że przecież dowieziono, przecież opłacono, przecież dano telefon. Jakby doświadczenie było czymś, co powinno siedzieć cicho, bo miało miejsce przy oknie.
Tak powstaje klasyczny teatr międzyplanetarnego pośrednictwa: klientowi sprzedaje się jakość, a opiekunce tłumaczy się, że jakość powinna być wdzięczna za bilet.
W folderze jest „opiekunka z doświadczeniem przy demencji”.
Przy wypłacie jest „proszę pamiętać, że firma też ma koszty”.
Dla klienta kompetencja jest argumentem handlowym.
Dla opiekunki bywa fanaberią, jeśli domaga się za nią pieniędzy.
I to jest właśnie ten moment, w którym śrubokręt wypada z ręki, zaczyna krążyć po orbicie, a człowiek patrzy na niego z zadumą, rozumiejąc, że nie problem w śrubokręcie. Problem w konstruktorach, którzy zaprojektowali układ tak, żeby jeden człowiek miał dokręcać wszystko naraz: demencję, nocne wołanie, rodzinne oczekiwania, agencyjne koszty i własne wynagrodzenie.
A potem jeszcze usłyszeć, że właściwie nie powinien marudzić, bo przecież dostał transport.
W istocie więc pytanie nie brzmi, czy firma ponosi koszty. Oczywiście, że ponosi. Firma bez kosztów byłaby bytem metafizycznym, a nie przedsiębiorstwem. Pytanie brzmi: czy skoro firma sprzedaje kompetencję jako wartość, to opiekunka ma prawo otrzymać za tę kompetencję wyższą zapłatę?
Odpowiedź jest krótka, choć zapewne w niektórych centralach wywołałaby awarię lampek kontrolnych:
tak.
Bo opiekunka nie jest satelitą transportu. Nie jest dodatkiem do koordynatora. Nie jest przypisem do składek.
Jest osobą, która zostaje na miejscu, kiedy wszystkie te satelity oddalają się po swoich elipsach, a w domu zostaje noc, senior, demencja .