Skocz do zawartości
  • Podpięty
    Biedronka
    Biedronka

    Kronikarze cudzych westchnień

    każdej społeczności, gdy tylko dorobi się ona własnej tablicy ogłoszeń, trzech grup dyskusyjnych i pięciu osób z potrzebą wygłaszania sądów o życiu, pojawiają się w końcu oni.

    Kronikarze cudzych westchnień.

    Nie przychodzą od razu z orkiestrą, sztandarem i teczką pełną cudzych zdań. Skądże. Początkowo są skromni. Staną sobie z boku, poprawią firankę, westchną nad losem człowieka i zapytają niewinnie:

    — A czy tylko ja zauważyłem?

    Po czym okazuje się, że zauważyli już wszystko. Cudze wpisy, cudze komentarze, cudze powiedzenia, cudze żale, cudze anegdoty, cudze zdania złożone podrzędnie i cudze metafory, które jeszcze rano należały do kogoś innego, a wieczorem już weszły do obiegu jako głos zbiorowy.

    Kronikarze działają społecznie. To znaczy: biorą z cudzej społeczności.

    Jeden siedzi na forum i nasłuchuje.
    Drugi przechadza się po profilach i robi minę człowieka zatroskanego o moralny stan narodu.
    Trzeci zapisuje, kto co powiedział, ale nie po to, żeby zapamiętać autora. Autor jest przeszkodą techniczną.
    Czwarty ma konto zapasowe, na wypadek gdyby prawda musiała wystąpić pod innym nazwiskiem.

    A gdy nazbierają, co trzeba, zbierają się przy wspólnej kadzi.

    Do kadzi wrzuca się cudze zdanie, własne oburzenie, pół garści troski, dwa przykłady z życia wziętego od nieobecnych, jedno „nikt o tym nie mówi” oraz odrobinę moralnego pieprzu. Następnie miesza się długo 

    aż znikną ślady pochodzenia.

    Tak powstaje publicystyka przemiałowa.

    Na początku jest cudze westchnienie. Na końcu diagnoza społeczna.

    Po drodze nikt niczego nie ukradł, bo przecież kradzież to słowo nieładne, a kronikarze są ludźmi eleganckimi. Oni nie kradną. Oni odczuwają podobnie. Czasem nawet tak podobnie, że przecinek stoi w tym samym miejscu, ale przecinek, jak wiadomo, jest dobrem powszechnym i nie można go zawłaszczać.

    Najciekawszy jest ten rodzaj twórczości, w którym kronikarze mają więcej nicków niż pomysłów.

    Pod jednym kontem pytają, pod drugim wzdychają, pod trzecim potwierdzają sami sobie, że temat ważny, a pod czwartym przypadkiem pamiętają zdanie, które wczoraj napisała zupełnie inna osoba.

    Potem wszystko zostaje zlane w jeden post, doprawione moralnym zatroskaniem i podane jako głos środowiska.

    Środowisko, biedne stworzenie, nawet nie wie, że zostało właśnie przemielone.

    A jednak obrzęd trwa.

    Gdy tylko ktoś napisze coś celnie, kronikarze zaczynają chodzić wokół tego zdania jak delegacja wokół nowo otwartej świetlicy. Oglądają z przodu, z boku, przez szybę, przez komentarze, przez cudzy profil i przez lufcik w cudzej aktywności. Jeden mówi:

    — To jest ważne.

    Drugi dodaje:

    — To trzeba nagłośnić.

    Trzeci, bardziej praktyczny, pyta:

    — A czy da się z tego zrobić mój post?

    I da się.

    Wszystko się da, jeśli człowiek ma dość kont, mało wstydu i odpowiednią firankę.

    Firanka jest tu narzędziem podstawowym. Nie taka zwykła, domowa, co wisi między parapetem a nudą. To firanka obywatelska. Przez nią widzi się więcej, niż wypada, i mniej, niż trzeba. Chroni przed odpowiedzialnością, ale pozwala celnie ocenić cudze życie.

    Za firanką można wiele.

    Można powiedzieć: „ja tylko obserwuję”.

    Można powiedzieć: „ja tylko pytam”.
    Można powiedzieć: „ludzie piszą”.
    Można powiedzieć: „środowisko mówi”.

    Najlepsze jest to „środowisko”.

    Środowisko w takich tekstach występuje jak wół w herbie. Jest, bo ładnie wygląda i dodaje powagi. Nikt go nie pyta o zgodę. Nikt nie sprawdza, czy mówiło. Nikt nie ustala, czy miało coś na myśli. Środowisko zostaje wezwane, przemielone, przyprawione i wystawione w roli świadka koronnego.

    — Środowisko tak czuje — powiadają kronikarze.

    Środowisko siedzi tymczasem w kapciach, je zupę, płaci rachunki i nie wie, że właśnie wystąpiło w dramacie zbiorowym.

    Kronikarze lubią dramat zbiorowy, bo pojedynczy człowiek ma twarz, imię i może się odezwać. Zbiorowość jest wygodniejsza. Nie odpowiada. Można jej przypisać każdą minę, każdy żal i każdą tezę. Można ją pochylić nad problemem, wzburzyć, uciszyć, poruszyć i skłonić do refleksji, nie ruszając jej z fotela.

    Szczególnie pożyteczne są tematy obiegowe.

    Walizka.
    Zazdrość.
    Powroty.
    Wyjazdy.
    Samotność.
    Ktoś coś kupił.
    Ktoś coś napisał.
    Ktoś się ucieszył za bardzo.
    Ktoś milczał podejrzanie godnie.

    Tematy te mają tę wielką zaletę, że każdy je zna, więc nie trzeba ich rozumieć. Wystarczy je unieść wysoko, potrząsnąć nimi przed oczami publiczności i zawołać:

    — Patrzcie, jakie ważne!

    Wtedy zbiega się komentariat.

    Jedni klaszczą.
    Drudzy dopowiadają.
    Trzeci pamiętają, że już to czytali, ale nie chcą psuć nastroju.
    Czwarty profil autora dziękuje pierwszemu profilowi autora za odwagę, z jaką poruszył temat.

    Robi się podniośle.

    Ktoś przynosi metaforę.
    Ktoś inny moralność.
    Ktoś trzeci cudzą historię, bo jego własna akurat została w praniu.

    I tak oto z niczego powstaje duże coś.

    Nie jest to jeszcze literatura, nie jest to jeszcze publicystyka, nie jest to też zwykłe marudzenie. To forma przejściowa. Jak larwa felietonu. Ma już odnóża, ale jeszcze nie ma kręgosłupa.

    Najbardziej wzruszający moment następuje jednak wtedy, gdy kronikarze ogłaszają, że mówią w imieniu tych, którzy milczą.

    To piękny zwyczaj.

    Najpierw podsłuchuje się tych, którzy mówili. Potem przerabia się ich słowa. Następnie ogłasza się, że reprezentuje się tych, którzy milczą. W ten sposób wszyscy zostają obsłużeni. Mówiący tracą zdania, milczący zyskują rzecznika, a kronikarze mają materiał na kolejny odcinek.

    Dawniej, żeby zostać kronikarzem, trzeba było mieć pergamin, pióro i przynajmniej jednego króla w okolicy. Dziś wystarczy kilka kont, dostęp do internetu i przekonanie, że cudza celność jest zasobem naturalnym.

    Postęp jest znaczny.

    Toteż kronikarze pracują dalej.

    Jeżeli ktoś ich zignoruje, uznają to za pychę.
    Jeżeli ktoś odpowie, uznają to za dowód winy.
    Jeżeli ktoś napisze lepiej, uznają to za prowokację.
    Jeżeli ktoś nie da się sprowokować, uznają to za konieczność dalszej pracy społecznej.

    Wtedy zaczyna się obchód.

    Tu się szepnie.
    Tam się zasugeruje.
    W innym miejscu rzuci pół zdania, które nie jest oskarżeniem, ale już założyło płaszcz i stoi w drzwiach.
    Komuś się powie: „ja nic nie mówię, ale uważaj”.
    Ktoś inny usłyszy: „wszyscy wiedzą”.

    Najbardziej tajemnicze w tym wszystkim jest słowo „wszyscy”.

    Nigdy nie wiadomo, kto to jest.
    Nikt ich nie widział razem.
    Nie mają adresu.
    Nie podpisują protokołów.
    A jednak stale wiedzą.

    Wiedzą, kto od kogo wziął temat, choć czasem mylą kierunek. Wiedzą, kto ma za dużo uwagi, kto za mało pokory, kto nie powinien być lubiany i komu należy prewencyjnie obrzydzić kogoś, zanim samodzielnie wyrobi sobie zdanie.

    To ostatnie kronikarze nazywają troską.

    Troska jest bardzo pojemna. Można w niej zmieścić zazdrość, kontrolę, złośliwość, plotkę, a nawet małą prywatną zemstę. Wystarczy przykryć serwetką i podać z miną osoby zatroskanej o dobro wspólne.

    A dobro wspólne, jak wiadomo, najlepiej wygląda wtedy, gdy ktoś inny źle wypada.

    Dlatego kronikarze nie ustają.

    Codziennie uchylają firankę.
    Codziennie badają puls cudzych zdań.
    Codziennie sprawdzają, czy nie pojawił się gdzieś temat, który można by uratować przed autorem.

    Bo autorzy bywają nieodpowiedzialni. Piszą coś i myślą, że to ich. A przecież prawdziwie społeczna treść nie może należeć do jednostki. Musi przejść przez ręce kronikarzy, zostać rozpoznana jako ważna, pozbawiona źródła, opatrzona westchnieniem i wypuszczona z powrotem w świat jako mądrość zbiorowa.

    Na tym polega obieg idei w cyfrowej gminie.

    Ktoś wymyśla.
    Ktoś podgląda.
    Ktoś przepisuje.
    Ktoś przyklaskuje z drugiego konta.
    Ktoś pyta, czy tylko on tak ma.
    I już mamy debatę.

    A nad wszystkim wisi firanka.

    Lekka, syntetyczna, niewinna.
    Drży od przeciągu i od cudzych sekretów.
    Gdyby umiała mówić, powiedziałaby zapewne:

    — Dzieci, dajcie spokój.

    Ale firanka nie mówi.

    Firanka tylko zasłania.

    Więc kronikarze cudzych westchnień piszą dalej, pełni powagi, misji i zapasowych loginów. A kiedy ktoś im zarzuci, że znowu przerobili cudzy temat, odpowiedzą z godnością:

    — My tylko opisujemy rzeczywistość.

    I rzeczywistość, biedna, stanie pod ścianą, zdejmie kapelusz i westchnie:

    — Nie pierwszy raz mnie opisują. Ale pierwszy raz tak bez pytania.

    < Zebranie nad wodą. Ptaki, słabość i bardzo ludzki porządek

                                                                                                                                                                                                                       O jakości, która w opiece nie polegała na hałasie >





  • Możliwie najświeższe a i częściowo odgrzane newsy

×
×
  • Dodaj nową pozycję...
Polacynasaksach 2025 Facebook Treści i formaty autorskie. Inspiruj się uczciwie: podaj źródło.