Skocz do zawartości
  • Podpięty
    Biedronka
    Biedronka

    Polacy za granicą. Zintegrowani czy tylko dopuszczeni do obiegu?

    Polacy wyjechali.
    Nie wszyscy, rzecz jasna. Część została, aby mówić, że tamci wyjechali bez sensu, a część, żeby mieć do kogo wracać na święta i narzekać na ceny. Niemniej jednak wyjechało ich dostatecznie wielu, aby zjawisko nabrało rozmiarów nie tylko rodzinnych, ale i międzynarodowych. W szczególności osiedli oni w Niemczech oraz w Szwajcarii, gdzie od pewnego czasu prowadzą życie zorganizowane, to znaczy pracują, płacą, milczą, czasem awansują, a czasem tylko się nie odzywają, żeby nie popełnić błędu w języku.

    Pewnego dnia Integracja wezwała Przynależność i powiedziała:

    — Trzeba by się zająć Polakami.

    — A co z nimi? — spytała Przynależność.

    — Właśnie nie wiadomo. Są.

    — To źle?

    — Nie. Ale samo bycie nie rozstrzyga sprawy.

    Na tym polega trudność. Człowiek może bowiem być. Może nawet być bardzo porządnie. Może przychodzić do pracy punktualnie, płacić podatki, znać rozkład autobusów, oddzielać szkło od papieru i mówić „dzień dobry” z wymową, która nie wzbudza natychmiastowego alarmu. A jednak wszystko to nie musi jeszcze oznaczać, że został uznany za swojego. Oznacza to najwyżej, że przestał być kłopotem w formie surowej i przeszedł do kategorii kłopotu oswojonego.

    W Niemczech sprawa przedstawia się dość okazale, ponieważ Polaków jest tam wielu. Tłumacząc ściślej: tylu, że nie sposób już robić z nich niespodzianki. Nikt rozsądny nie podnosi alarmu na widok Polaka, ponieważ Polak od dawna wszedł do krajobrazu. Jest w pracy, na ulicy, w sklepach, na budowie, w biurze, czasem nawet na grillu. Stał się elementem pejzażu, a pejzażu, jak wiadomo, nie podziwia się bez przerwy. On po prostu jest.

    — Czy to dobrze? — spytała Przynależność.

    — Bardzo dobrze — odrzekła Integracja. — Bo jeśli pejzaż przestaje dziwić, to znaczy, że został przyjęty.

    — Albo przeoczony — zauważyła Przynależność.

    I tu rozmowa nabrała charakteru poważniejszego.

    Polacy w Niemczech są w znacznej mierze oswojeni. Nie budzą już takiego zainteresowania jak ci, którzy przybyli później albo przybyli w sposób bardziej widowiskowy. Są uznawani za pracowitych, raczej przewidywalnych, przeważnie zdolnych do poruszania się po świecie bez rozbijania mebli. To dużo. Ale zarazem taka pochwała ma naturę szczególną. Człowiek bywa chwalony najbardziej wtedy, gdy nie przeszkadza. A to jeszcze nie jest pełnia uznania, tylko dobrze zarządzana tolerancja.

    W Niemczech Polak funkcjonuje często tak, jak działa sprawny zegarek w kuchni: każdy przywykł do jego obecności, nikt się go nie boi, nikt nie pisze o nim poematów, ale też mało kto zastanawia się, co on właściwie czuje, skoro odmierza czas wspólny, a nadal nie wiadomo, czy stoi na swoim stole.

    Szwajcaria jest inna. Tam nawet powietrze sprawia wrażenie, jakby miało regulamin. Człowiek przybywa i od razu czuje, że nie wystarczy istnieć. Trzeba istnieć poprawnie. Najlepiej po cichu, terminowo i bez niepotrzebnych ozdobników. Jeśli zatem Polak pracuje, nie spóźnia się, zna zasady, nie robi widowisk z codzienności i potrafi zmieścić się w granicach wyznaczonych przez urząd, sąsiada oraz zdrowy rozsądek, to jego pozycja rośnie.

    — Czyli jest dobrze? — spytała Przynależność.

    — Jest przejrzyście — odrzekła Integracja. — A to już połowa szczęścia.

    Szwajcaria bowiem nie sili się na przesadną serdeczność. Ona dopuszcza człowieka do obiegu, jeśli ten potrafi funkcjonować bez zgrzytu. Jest w tym coś uczciwego, ale też coś chłodnego. Przybysz może zostać zaakceptowany, lecz akceptacja ta przypomina często dobrze wystawione zaświadczenie: poprawne, ważne, ostemplowane, tylko nie ma się do czego przytulić.

    Polacy radzą sobie tam całkiem dobrze. Nie są kojarzeni z największym niepokojem społecznym, nie budzą szczególnej paniki, nie traktuje się ich jako żywiołu, który zaraz przewróci porządek alpejski. Wręcz przeciwnie. Uchodzi się za ludzi, którzy pracują, dostosowują się, dają sobie radę. Ale i tutaj należy zachować ostrożność. Bo jeśli ktoś mówi o człowieku: „bardzo porządny, niczego nie zniszczył”, to jeszcze nie znaczy, że zaprasza go od razu do salonu. Być może jedynie zgadza się, aby ten siedział bliżej pieca.

    — To w końcu jak nas widzą? — zapytała Przynależność.

    Integracja poprawiła okulary.

    — Jako ludzi, z którymi da się żyć.

    — To chyba komplement?

    — Niewątpliwie. Chociaż nie największy z możliwych.

    I rzeczywiście, na tle wielu historycznych i współczesnych nieszczęść ludzkości fakt, że z Polakami da się żyć, należy uznać za osiągnięcie niemałe. W Niemczech są grupą oswojoną, w Szwajcarii — grupą dopuszczoną do mechanizmu. W obu krajach oceniani są raczej jako pracowici, zaradni i mało kłopotliwi. Nie stali się symbolem katastrofy. Nie jest to mało. Ale nie jest to jeszcze wszystko.

    Bo człowiek, nawet emigrant, nie składa się wyłącznie z użyteczności. Nie żyje samym etatem, poprawnym formularzem i spokojem sąsiada. Chciałby jeszcze wiedzieć, czy jest kimś więcej niż elementem dobrze działającym. Czy został uznany za równego. Czy jego obecność nie jest tylko tolerowana, ale także przyjęta.

    Na tym właśnie polega różnica między integracją a przynależnością.
    Integracja mówi: „możesz tu funkcjonować”.
    Przynależność mówi: „jesteś jednym z nas”.

    Polacy w Niemczech i w Szwajcarii pierwszą z tych spraw mają w znacznej mierze załatwioną.
    Druga pozostaje, jak to zwykle bywa w sprawach ludzkich, częściowo otwarta, częściowo przemilczana i w całości godna dalszej obserwacji.





  • Możliwie najświeższe a i częściowo odgrzane newsy

×
×
  • Dodaj nową pozycję...
Polacynasaksach 2025 Facebook Treści i formaty autorskie. Inspiruj się uczciwie: podaj źródło.