W internecie od pewnego czasu dzieją się rzeczy znamienne. Nie wygrywa ten, kto mówi najmądrzej. Wygrywa ten, kto powie brutalniej, szybciej i z większą pewnością, że świat składa się z idiotów, a on jeden to zauważył. Wystarczy więc wpisać kilka słów odpowiednio opryskliwych, dorzucić trochę złości, a najlepiej jeszcze przypiąć komentarz, który złość podbije, uporządkuje i poda publiczności w formie gorącej. Reszta zrobi się sama.
Publiczność przyjdzie.
Przyjdzie, ponieważ internet nie lubi ciszy. Lubi za to hałas, zwłaszcza taki, w którym można się oburzyć, wzruszyć, dołożyć komuś i przy okazji poczuć, że bierze się udział w czymś ważnym. Tymczasem najczęściej nie bierze się udziału w niczym ważnym, tylko w widowisku. Problem prawdziwy, owszem, istnieje, lecz szybko zostaje przykryty przez reakcje. A reakcje, jak wiadomo, mają tę przewagę nad myśleniem, że są szybsze i lepiej wyglądają w komentarzach.
O pracy trudnej, która nie daje jeszcze prawa do wszystkiego
Praca opiekuńcza nie jest lekka. Tego nie trzeba nikomu tłumaczyć, kto choć raz miał do czynienia z cudzą starością, chorobą, zależnością i kaprysami losu, które z człowieka robią istotę raz bezbronną, a raz nieznośną. Bywa senior spokojny i wdzięczny. Bywa też uparty, złośliwy, niesprawiedliwy, oskarżycielski, czasem agresywny, czasem zwyczajnie trudny ponad miarę.
O tym wszystkim należy mówić otwarcie.
Ale otwartość jest pojęciem zdradliwym. Bardzo łatwo pomylić ją z puszczeniem hamulców. A kiedy człowiek puszcza hamulce publicznie, to często już nie opowiada o swojej pracy, tylko urządza pokaz. Pokaz ten może być nawet zrozumiały psychologicznie, lecz nie staje się przez to ani szlachetny, ani mądry. Frustracja bywa ludzka. Pogarda nie nabiera godności od tego, że została napisana wielkimi literami.
Między zdaniem: „jest mi ciężko, nie daję już rady” a publicznym odzieraniem drugiego człowieka z resztek godności rozciąga się przestrzeń niemała. I dobrze byłoby jej nie zasypywać tylko dlatego, że algorytm lubi skróty.
Jak powstaje spektakl
Mechanizm jest prosty, a przez to skuteczny. Najpierw pojawia się wpis. Najlepiej mocny, emocjonalny, napisany tak, jakby autor właśnie wrócił z bitwy pod Grunwaldem, tylko że przeciwnikiem był człowiek stary, schorowany i nieznośny. Potem dodaje się komentarz przypięty, który już niczego nie wyjaśnia, ale za to podkręca temperaturę. I wtedy zaczyna się ruch.
Pod postem zbiera się tłum.
Jeden pisze, że miał tak samo.
Drugi, że nawet gorzej.
Trzeci dopisuje, co by zrobił na miejscu autora.
Czwarty od razu wie, jacy są „oni wszyscy”.
Piąty nie pamięta już, o czym była sprawa, ale czuje, że trzeba dołożyć.
I w pewnym momencie nikt nie mówi już o pracy. Wszyscy uczestniczą w obrzędzie. Obrzęd ten polega na zbiorowym uzgadnianiu, że ktoś zasługuje nie na zrozumienie sytuacji, tylko na słowne sprowadzenie do parteru. Wtedy tłum czuje, że żyje.
Frustracja i jej kariera publiczna
Frustracja jest zjawiskiem starym i nieusuwalnym. Była, jest i będzie. Człowiek zmęczony, przeciążony, samotny albo upokorzony ma pełne prawo czuć złość. Kłopot zaczyna się dopiero wtedy, gdy złość zaczyna odgrywać rolę argumentu. A bywa, że odgrywa nawet rolę alibi.
— Jestem wściekła, więc mam rację.
— Jest mi ciężko, więc wolno mi więcej.
— Mam dość, więc forma nie ma znaczenia.
Otóż ma.
Bo starszy człowiek, choćby trudny ponad wszelką miarę, nie przestaje być człowiekiem tylko dlatego, że utrudnia życie. Starość, demencja, zależność, choroba — wszystko to może czynić relację bardzo ciężką, ale nie daje jeszcze nikomu prawa do publicznego widowiska, w którym słabszy staje się rekwizytem, a tłum klaszcze, bo nareszcie jest ostro i „bez filtra”.
W chwili, gdy z opisu trudnej sytuacji robi się spektakl, problem przestaje być problemem. Staje się materiałem.
Dlaczego to tak dobrze działa
Odpowiedź jest mało szlachetna, ale za to praktyczna. Skandal klika się lepiej niż rozsądek. Pogarda zbiera reakcje szybciej niż namysł. Człowiek wyważony rzadko bywa bohaterem internetu, ponieważ wyważenie nie daje satysfakcji natychmiastowej. Nie można nim tak łatwo rzucić o ścianę.
Algorytm nie ma sumienia. To trzeba sobie powiedzieć jasno, żeby nie wymagać od maszyny cnót, których brakuje czasem nawet ludziom. Algorytm nie pyta, czy wpis jest uczciwy, odpowiedzialny, proporcjonalny. Pyta tylko, czy ktoś kliknie, udostępni, oburzy się, skomentuje, przyjdzie z kolegą i wróci jutro po dokładkę.
A ludzie klikają.
Klikają z oburzenia, z ciekawości, z własnej urazy, z nudów, z potrzeby potwierdzenia, że świat jest jeszcze gorszy, niż im się wydawało. Tak rodzi się wspólnota szczególnego rodzaju. Nie oparta na myśli, nie oparta na doświadczeniu, lecz na wspólnej pogardzie. To jest więź bardzo skuteczna, choć mało elegancka. Łączy szybciej niż argument i nie wymaga od uczestników większego wysiłku poza odruchem palca
Bez filtra- czyli bez hamulców
Współczesny internet bardzo lubi mówić o szczerości. Szczerość stała się niemal cnotą automatyczną: wystarczy napisać coś brutalnie, a już pojawia się podejrzenie, że musi to być prawda, bo przecież nikt by tak nie mówił, gdyby nie miał racji. Tymczasem jest to pogląd naiwny. Człowiek może mówić brutalnie z wielu powodów. Prawda znajduje się na tej liście, ale bynajmniej nie jako jedyna.
Nie każdy dosadny tekst jest odważny.
Nie każdy wulgarny wpis jest uczciwy.
Nie każdy brak filtra oznacza autentyczność.
Czasem oznacza tylko brak wychowania. Czasem brak proporcji. Czasem zwykłą chęć zrobienia ruchu pod postem. A czasem sytuację najgorszą: pogardę, która ubrała się w kostium szczerości i czeka, aż publiczność uzna ją za bohaterstwo.
Prawda naprawdę nie potrzebuje rynsztoka, żeby wybrzmieć. Jeśli potrzebuje, to być może nie jest prawdą, tylko występem.
Komentarze, czyli prawdziwa scena
Bywa zresztą, że najgorsze nie dzieje się w samym poście. Post bywa tylko zaproszeniem. Prawdziwe przedstawienie zaczyna się niżej, tam gdzie tłum może już swobodnie dobudować własne piętra złości, urazy i doświadczeń. W komentarzach wychodzi na jaw, czy autor chciał rozmawiać, czy tylko uruchomić reakcję łańcuchową.
Tam właśnie widać wszystko najczyściej.
Ktoś jeszcze próbuje zachować umiar.
Ktoś przypomina, że istnieją granice przyzwoitości.
Ktoś zauważa, że choroba zmienia człowieka.
Ktoś pisze o procedurach, zmianie pracy, asertywności, wsparciu.
Ale te głosy zwykle nie stanowią osi widowiska. Są zbyt ciche. Rozwaga ma słaby marketing. Przyzwoitość nie daje efektu specjalnego. Internet zaś, jak wiadomo, woli, kiedy coś wybuchnie.
Gdzie kończy się szczerość
Nie chodzi o to, żeby ludziom zamknąć usta. Przeciwnie. O wypaleniu, przeciążeniu, przemocy psychicznej, nieuczciwych warunkach pracy i przekraczaniu granic trzeba mówić. Tyle że nadal istnieje zasadnicza różnica między nazwaniem problemu a publicznym upokarzaniem człowieka, który często sam nie jest już zdolny do obrony, polemiki ani nawet zrozumienia, że właśnie stał się materiałem na cudzy zasięg.
Można mówić o zmęczeniu bez pogardy.
Można stawiać granice bez widowiska.
Można opisywać ciężką pracę bez odczłowieczania tych, przy których się ją wykonuje.
Kiedy ta różnica zanika, kończy się szczerość. Zostaje bagno. Bagno jest zaś o tyle praktyczne, że tłum chętnie do niego wchodzi, o ile może przy okazji popatrzeć, jak grzęźnie ktoś inny.
Na koniec rzecz najprostsza
Internet lubi skandal. To fakt.
Tłum chętnie zbiera się tam, gdzie można się wspólnie oburzyć albo komuś wspólnie dokopać. To też fakt.
Najostrzejsze wpisy zbierają reakcje. Owszem.
Ale z tych faktów nie wynika jeszcze obowiązek moralny, żeby uznać to za normę. Nie wynika z nich, że zasięg oznacza rację, a brutalność jest dowodem odwagi. Nie wynika też, że człowiek zmęczony ma prawo zamienić cudzą słabość w scenę, dekorację i paliwo dla tłumu.
Między świadectwem trudnej pracy a treningiem zbiorowej pogardy istnieje różnica zasadnicza.
Dobrze byłoby jej nie zgubić.
Nie każde „mówię, jak jest” jest odwagą.
Czasem jest to tylko frustracja, która znalazła sobie scenę, publiczność i wyjątkowo zły gust.
Między koniecznością a kalkulacją