Zosia włączyła telewizor bez żadnego szczególnego zamiaru. Telewizor w domu starszego człowieka ma zresztą wiele obowiązków, z których oglądanie programu nie zawsze jest najważniejsze. Ma gadać, mrugać światłem i sprawiać, że mieszkanie nie jest takie ciche, jak potrafi być mieszkanie, w którym zegar chodzi głośniej od ludzi.
Na ekranie było Monachium. Oktoberfest. Tłum falował, orkiestra grała z zapałem godnym lepszej sprawy, panowie w Lederhosen unosili kufle, a kufle były tak potężne, że Zosia pomyślała, iż z dwóch można by zbudować całkiem przyzwoity stolik nocny.
Gottfried nie zwracał dotąd na telewizor najmniejszej uwagi. Od dziesięciu minut zajmował się guzikiem u swetra. Guzik nie chciał współpracować. Gottfried również. Było więc jasne, że zwycięzcy w tym sporze nie będzie.
Nagle jednak stary pan podniósł głowę i spojrzał na ekran.
Coś się stało. Nie coś wielkiego. Nie było błysku, muzyka nie ucichła, żaden anioł nie zstąpił z sufitu. Po prostu twarz Gottfrieda, jeszcze przed chwilą zagniewana na guzik, zrobiła się młodsza. Nie o pięć lat. O wiele więcej.
– Wir müssen los.
Zosia spojrzała na niego.
– Wohin?
Gottfried aż odchylił głowę. W jego spojrzeniu pojawiło się współczucie dla osoby, która najwyraźniej nie rozumie rzeczy najbardziej oczywistych.
– Na Wiesn. Leni czeka.
I w tej chwili Zosia przestała być opiekunką siedzącą w niemieckim salonie w roku 2026. Została kimś stojącym przed drzwiami, które właśnie otworzyły się sześćdziesiąt lat wstecz.
Leni znała. Oczywiście nie osobiście. Leni mieszkała na komodzie. Na pierwszym zdjęciu była dziewczyną o jasnych włosach. Na drugim panną młodą. Na następnym trzymała dziecko, potem stała przy samochodzie, którego marka była dla Gottfrieda zagadnieniem równie ważnym jak dla innych ludzi polityka zagraniczna. Dalej była już starszą panią na balkonie. Na ostatnim zdjęciu miała siwe włosy.
Leni nie żyła od bardzo dawna. Gottfried tego wieczoru najwyraźniej o tym nie pamiętał.
Za to pamiętał, że na Wiesn miała czerwoną sukienkę. Nie tę w kwiatki. Czerwoną. Pamiętał, że się spóźniła, że padało, że Franz wylał piwo na buty i że ktoś grał tak głośno, iż Leni nic nie słyszała, choć Gottfried podobno mówił rzeczy bardzo ważne.
Jakie?
Tego już nie pamiętał.
Pamięć ma bowiem własne poczucie humoru. Potrafi wyrzucić do kosza rzecz wielką, a ocalić zupełny drobiazg. Nie pamiętać obiadu sprzed dwóch godzin, lecz przechowywać przez sześćdziesiąt lat czerwony materiał sukienki. Zapomnieć nazwisko pielęgniarki, która była rano, ale pamiętać mokre buty Franza z roku, którego opiekunka nawet nie potrafiłaby odgadnąć.
W chorobie Alzheimera takie wędrówki nie należą do rzadkości. To, co wydarzyło się niedawno, może rozpadać się wcześniej, podczas gdy starsze wspomnienia, szczególnie mocno związane z emocjami, potrafią pozostać zadziwiająco trwałe. Czasem wystarczy muzyka, zapach, zdjęcie albo jedno słowo i drzwi się otwierają.
Polska opiekunka przyjeżdżająca do pracy w niemieckim domu dostaje więc coś więcej niż listę leków, plan dnia i informację, że Herr Gottfried lubi herbatę bez cukru. Dostaje człowieka. A człowiek przychodzi razem ze swoim magazynem.
W magazynie bywają rzeczy poukładane wzorowo. Ale bywają również pudełka bez napisów, szuflady, których nikt od pół wieku nie otwierał, i drzwi, zza których nagle wychodzi Leni w czerwonej sukience.
Czasem taki powrót jest przyjemny. Senior opowiada o pierwszym samochodzie, pierwszej pracy, tańcach, wycieczkach czy dzieciach. Nagle prostuje się w fotelu i przez kilka minut nie jest schorowanym osiemdziesięciopięciolatkiem, tylko młodym chłopakiem, który miał dwadzieścia dwa lata i był przekonany, że świat został stworzony głównie po to, żeby on miał gdzie chodzić.
Bywa jednak inaczej. Za jednymi drzwiami stoi Leni. Za drugimi wojna. Za następnymi głód, ucieczka, śmierć rodziców, bombardowanie, utrata domu albo ktoś, o kim rodzina nigdy opiekunce nie wspomniała.
I wtedy może wydarzyć się coś jeszcze dziwniejszego. Senior nie wspomina przeszłości. On w niej jest.
Dla Zosi jest niedziela, salon, telewizor i herbata. Dla niego trzeba zaraz wychodzić do pracy. Albo odebrać dziecko ze szkoły. Albo mama czeka. Albo Leni stoi gdzieś pod namiotem na Oktoberfest i zapewne zaczyna się już złościć, bo Gottfried znowu się spóźnia.
Pierwszy odruch bywa prosty: przecież Leni nie żyje, przecież pan ma osiemdziesiąt kilka lat, fabrykę zamknęli trzydzieści lat temu, mama nie przyjdzie, to było dawno.
Wszystko się zgadza. Rzeczywistość posiada papiery, daty, akty zgonu i kalendarz.
Nie zawsze jednak posiada dobre maniery.
Zosia mogłaby poinformować Gottfrieda, że Leni umarła. Mogłaby wygrać. Bezapelacyjnie. Stary człowiek z chorobą Alzheimera zostałby pokonany przy pomocy faktów. Triumf byłby zupełny. Brakowałoby tylko fanfar.
Zosia jednak spojrzała na niego i zapytała:
– A ładnie wyglądała w tej czerwonej sukience?
Gottfried uśmiechnął się.
– Sehr schön.
I zaczął opowiadać.
Nie zawsze trzeba człowieka wyciągać siłą z miejsca, do którego zabrała go pamięć. Czasem ważniejsze jest usłyszeć, co naprawdę kryje się pod jego słowami. Tęsknota? Niepokój? Potrzeba bezpieczeństwa? A może zwyczajna radość, że oto przez chwilę znów jest młody i ktoś na niego czeka?
Nie oznacza to oczywiście, że opiekunka ma zostać wspólniczką w każdej wyprawie do roku 1964. Gdy Gottfried siedzi w fotelu i opowiada o Leni, można z nim chwilę posiedzieć. Gdy o drugiej w nocy zakłada płaszcz, bo musi stawić się w fabryce na ranną zmianę, sytuacja robi się znacznie mniej poetycka.
Demencja potrafi bowiem być wzruszająca tylko przez chwilę. Potem przypomina, że jest chorobą.
Właśnie dlatego tak wiele w opiece znaczy znajomość biografii seniora, nie tylko jego chorób, leków i diagnoz. Kim był? Gdzie mieszkał? Co robił? Jak miała na imię żona? Czy miał rodzeństwo? Jakiej muzyki słuchał? Czego się bał? Co było dla niego ważne? Czy jeździł na Oktoberfest z zachwytem, czy może uważał Wiesn za hałaśliwe zgromadzenie ludzi, którym dano za duże kufle?
Takie drobiazgi mogą któregoś dnia okazać się ważniejsze niż niejeden formularz. Są mapą. Kiedy człowiek zaczyna gubić teraźniejszość, próbuje czasem wracać według znaków, które jeszcze rozpoznaje.
Wieczorem Gottfried nigdzie nie pojechał. Zosia zrobiła herbatę. Na ekranie orkiestra grała dalej, a Gottfried wystukiwał palcami rytm na poręczy fotela.
O Leni już nie pytał.
Może była wystarczająco blisko. Może przez chwilę siedziała obok. Może miała czerwoną sukienkę. A może Gottfried po prostu zapomniał, że przed chwilą chciał wychodzić.
W chorobie Alzheimera jedno nie wyklucza drugiego.
Zosia poprawiła mu koc. Telewizor gadał, zegar tykał, a Gottfried uśmiechał się do czegoś, czego ona nie mogła zobaczyć.
I może właśnie na tym polega czasem dobra opieka. Nie na tym, żeby za wszelką cenę sprowadzić człowieka do naszego czasu. Czasem trzeba przez chwilę postać przy drzwiach do jego.
Zwłaszcza gdy po drugiej stronie gra muzyka i ktoś jeszcze czeka na Wiesn.
- 65 wyświetleń