Dziesięć lat po referendum Brexit miał być sprawą zamkniętą.
Wielka Brytania wyszła z Unii Europejskiej, zbudowała nowe zasady handlu, odzyskała formalną swobodę prowadzenia własnej polityki i przez kolejne lata brytyjscy politycy ostrożnie omijali jedno pytanie:
A co, jeśli ten kierunek kiedyś trzeba będzie zmienić?
Pod koniec września 2026 roku pytanie wróciło.
Premier Andy Burnham powiedział, że Wielka Brytania powinna rozważyć różne warianty swojej przyszłej relacji z Unią. Pozostanie przy obecnym modelu, unię celną, ponowne wejście na jednolity rynek, a nawet pełne członkostwo.
Nie zapowiedział powrotu do UE.
Zrobił jednak coś, co jeszcze niedawno byłoby politycznie znacznie trudniejsze: uznał ponowne członkostwo za jeden z wariantów, o których można publicznie rozmawiać.
Brexit nie zniknął razem z kolejkami na granicach
Brytyjska debata zmienia się również dlatego, że skutki wyjścia z Unii można już mierzyć nie tylko politycznymi deklaracjami.
Brytyjskie Office for Budget Responsibility nadal zakłada, że obecne stosunki handlowe z UE obniżą długoterminową produktywność brytyjskiej gospodarki o około 4 procent w porównaniu ze scenariuszem pozostania w Unii. Główną przyczyną mają być bariery pozataryfowe utrudniające wymianę handlową.
Nie oznacza to oczywiście, że każdy problem brytyjskiej gospodarki można wpisać do rubryki „Brexit”.
Pandemia, ceny energii, inflacja, stopy procentowe i sytuacja międzynarodowa również zrobiły swoje.
Ale coraz trudniej twierdzić, że nowe bariery handlowe nie mają znaczenia.
I właśnie gospodarka staje się jednym z najmocniejszych argumentów za ponownym zbliżeniem z kontynentem.
Co ciekawe, Wielka Brytania już wraca. Tylko małymi krokami
Polityczna dyskusja brzmi spektakularnie, ale znacznie ciekawsze rzeczy dzieją się trochę ciszej.
W 2027 roku Wielka Brytania ponownie wejdzie do programu Erasmus+. Umowa została już podpisana, a brytyjski rząd szacuje, że w pierwszym roku może z niej skorzystać ponad 100 tysięcy osób.
Trwają również prace nad nowym porozumieniem dotyczącym żywności, produktów rolnych, zwierząt i roślin. Planowana umowa SPS ma ograniczyć część kontroli, dokumentów i kosztów, które pojawiły się po Brexicie. Jej wejście w życie planowane jest na połowę 2027 roku.
Londyn i Bruksela negocjują również współpracę dotyczącą między innymi handlu energią, systemów emisji oraz programu mobilności dla młodych ludzi.
Nie wygląda to jeszcze jak cofanie Brexitu.
Wygląda raczej jak mozolne zszywanie części połączeń, które wcześniej przecięto.
I tutaj zaczyna się paradoks
Jednym z głównych argumentów Brexitu było odzyskanie swobody ustalania własnych zasad.
Tymczasem nowe porozumienia z UE mogą wymagać ponownego dostosowywania części brytyjskich regulacji do przepisów unijnych.
Dobrym przykładem jest przygotowywana umowa SPS. Brytyjski rząd sam informuje przedsiębiorców, że w objętych nią dziedzinach przepisy Wielkiej Brytanii będą aktualizowane wraz ze zmianami prawa unijnego. Londyn ma uczestniczyć w procesie konsultacyjnym, ale nie odzyskuje przez to prawa głosu właściwego państwu członkowskiemu.
To prowadzi do bardzo niewygodnego pytania.
Jeżeli Wielka Brytania chce mieć łatwiejszy dostęp do europejskiego rynku i w tym celu ponownie dostosowuje część własnych przepisów do UE, to gdzie właściwie znajduje się dziś granica między niezależnością a praktyczną koniecznością współpracy?
Powrót do Unii nie byłby powrotem do roku 2016
Tu jednak warto ostudzić polityczne fajerwerki.
Ewentualne ponowne członkostwo nie oznaczałoby po prostu wyciągnięcia starej brytyjskiej karty członkowskiej z szuflady.
Wielka Brytania musiałaby negocjować warunki od początku, a jej dawne wyjątki i rabaty nie musiałyby zostać przywrócone. Samo wejście na jednolity rynek oznaczałoby również zaakceptowanie jego zasad, w tym swobodnego przepływu osób.
Dlatego pomiędzy obecnymi stosunkami z UE a pełnym członkostwem istnieje całe spektrum rozwiązań.
Unia celna.
Jednolity rynek.
Dalsze umowy sektorowe.
Albo pozostanie przy obecnym modelu.
Burnham zapowiedział, że właśnie te warianty mają zostać poddane ocenie pod względem tego, co jest możliwe i jakie przyniosłoby korzyści oraz koszty.
Największa zmiana wydarzyła się jednak gdzie indziej
Nie na granicy.
Nie w Brukseli.
Nawet nie w kolejnej umowie handlowej.
Zmienił się język brytyjskiej polityki.
Jeszcze niedawno pytanie o powrót do Unii mogło zakończyć rozmowę szybciej niż ją rozpocząć. Dziś brytyjski premier może wymienić ponowne członkostwo obok unii celnej i jednolitego rynku jako jeden z wariantów przyszłości.
To nadal bardzo długa droga od rozmowy do decyzji.
Ale Brexit miał kiedyś zakończyć brytyjską dyskusję o miejscu kraju w Europie.
Dziesięć lat później wygląda raczej na to, że rozpoczął jej kolejny rozdział.