Skocz do zawartości
View in the app

A better way to browse. Learn more.

Polacynasaksach

A full-screen app on your home screen with push notifications, badges and more.

To install this app on iOS and iPadOS
  1. Tap the Share icon in Safari
  2. Scroll the menu and tap Add to Home Screen.
  3. Tap Add in the top-right corner.
To install this app on Android
  1. Tap the 3-dot menu (⋮) in the top-right corner of the browser.
  2. Tap Add to Home screen or Install app.
  3. Confirm by tapping Install.

Życie, praca i inne komplikacje

Praca, przepisy, historia, codzienność i sprawy społeczne. Bez dekoracji, za to z uwagą- ponieważ emigracja rzadko mieści się w jednej rubryce, a życie jeszcze rzadziej.
każdej społeczności, gdy tylko dorobi się ona własnej tablicy ogłoszeń, trzech grup dyskusyjnych i pięciu osób z potrzebą wygłaszania sądów o życiu, pojawiają się w końcu oni.
Kronikarze cudzych westchnień.
Nie przychodzą od razu z orkiestrą, sztandarem i teczką pełną cudzych zdań. Skądże. Początkowo są skromni. Staną sobie z boku, poprawią firankę, westchną nad losem człowieka i zapytają niewinnie:
— A czy tylko ja zauważyłem?
Po czym okazuje się, że zauważyli już wszystko. Cudze wpisy, cudze komentarze, cudze powiedzenia, cudze żale, cudze anegdoty, cudze zdania złożone podrzędnie i cudze metafory, które jeszcze rano należały do kogoś innego, a wieczorem już weszły do obiegu jako głos zbiorowy.
Kronikarze działają społecznie. To znaczy: biorą z cudzej społeczności.
Jeden siedzi na forum i nasłuchuje.
Drugi przechadza się po profilach i robi minę człowieka zatroskanego o moralny stan narodu.
Trzeci zapisuje, kto co powiedział, ale nie po to, żeby zapamiętać autora. Autor jest przeszkodą techniczną.
Czwarty ma konto zapasowe, na wypadek gdyby prawda musiała wystąpić pod innym nazwiskiem.
A gdy nazbierają, co trzeba, zbierają się przy wspólnej kadzi.
Do kadzi wrzuca się cudze zdanie, własne oburzenie, pół garści troski, dwa przykłady z życia wziętego od nieobecnych, jedno „nikt o tym nie mówi” oraz odrobinę moralnego pieprzu. Następnie miesza się długo 
aż znikną ślady pochodzenia.
Tak powstaje publicystyka przemiałowa.
Na początku jest cudze westchnienie. Na końcu diagnoza społeczna.
Po drodze nikt niczego nie ukradł, bo przecież kradzież to słowo nieładne, a kronikarze są ludźmi eleganckimi. Oni nie kradną. Oni odczuwają podobnie. Czasem nawet tak podobnie, że przecinek stoi w tym samym miejscu, ale przecinek, jak wiadomo, jest dobrem powszechnym i nie można go zawłaszczać.
Najciekawszy jest ten rodzaj twórczości, w którym kronikarze mają więcej nicków niż pomysłów.
Pod jednym kontem pytają, pod drugim wzdychają, pod trzecim potwierdzają sami sobie, że temat ważny, a pod czwartym przypadkiem pamiętają zdanie, które wczoraj napisała zupełnie inna osoba.
Potem wszystko zostaje zlane w jeden post, doprawione moralnym zatroskaniem i podane jako głos środowiska.
Środowisko, biedne stworzenie, nawet nie wie, że zostało właśnie przemielone.
A jednak obrzęd trwa.
Gdy tylko ktoś napisze coś celnie, kronikarze zaczynają chodzić wokół tego zdania jak delegacja wokół nowo otwartej świetlicy. Oglądają z przodu, z boku, przez szybę, przez komentarze, przez cudzy profil i przez lufcik w cudzej aktywności. Jeden mówi:
— To jest ważne.
Drugi dodaje:
— To trzeba nagłośnić.
Trzeci, bardziej praktyczny, pyta:
— A czy da się z tego zrobić mój post?
I da się.
Wszystko się da, jeśli człowiek ma dość kont, mało wstydu i odpowiednią firankę.
Firanka jest tu narzędziem podstawowym. Nie taka zwykła, domowa, co wisi między parapetem a nudą. To firanka obywatelska. Przez nią widzi się więcej, niż wypada, i mniej, niż trzeba. Chroni przed odpowiedzialnością, ale pozwala celnie ocenić cudze życie.
Za firanką można wiele.
Można powiedzieć: „ja tylko obserwuję”.
Można powiedzieć: „ja tylko pytam”.
Można powiedzieć: „ludzie piszą”.
Można powiedzieć: „środowisko mówi”.
Najlepsze jest to „środowisko”.
Środowisko w takich tekstach występuje jak wół w herbie. Jest, bo ładnie wygląda i dodaje powagi. Nikt go nie pyta o zgodę. Nikt nie sprawdza, czy mówiło. Nikt nie ustala, czy miało coś na myśli. Środowisko zostaje wezwane, przemielone, przyprawione i wystawione w roli świadka koronnego.
— Środowisko tak czuje — powiadają kronikarze.
Środowisko siedzi tymczasem w kapciach, je zupę, płaci rachunki i nie wie, że właśnie wystąpiło w dramacie zbiorowym.
Kronikarze lubią dramat zbiorowy, bo pojedynczy człowiek ma twarz, imię i może się odezwać. Zbiorowość jest wygodniejsza. Nie odpowiada. Można jej przypisać każdą minę, każdy żal i każdą tezę. Można ją pochylić nad problemem, wzburzyć, uciszyć, poruszyć i skłonić do refleksji, nie ruszając jej z fotela.
Szczególnie pożyteczne są tematy obiegowe.
Walizka.
Zazdrość.
Powroty.
Wyjazdy.
Samotność.
Ktoś coś kupił.
Ktoś coś napisał.
Ktoś się ucieszył za bardzo.
Ktoś milczał podejrzanie godnie.
Tematy te mają tę wielką zaletę, że każdy je zna, więc nie trzeba ich rozumieć. Wystarczy je unieść wysoko, potrząsnąć nimi przed oczami publiczności i zawołać:
— Patrzcie, jakie ważne!
Wtedy zbiega się komentariat.
Jedni klaszczą.
Drudzy dopowiadają.
Trzeci pamiętają, że już to czytali, ale nie chcą psuć nastroju.
Czwarty profil autora dziękuje pierwszemu profilowi autora za odwagę, z jaką poruszył temat.
Robi się podniośle.
Ktoś przynosi metaforę.
Ktoś inny moralność.
Ktoś trzeci cudzą historię, bo jego własna akurat została w praniu.
I tak oto z niczego powstaje duże coś.
Nie jest to jeszcze literatura, nie jest to jeszcze publicystyka, nie jest to też zwykłe marudzenie. To forma przejściowa. Jak larwa felietonu. Ma już odnóża, ale jeszcze nie ma kręgosłupa.
Najbardziej wzruszający moment następuje jednak wtedy, gdy kronikarze ogłaszają, że mówią w imieniu tych, którzy milczą.
To piękny zwyczaj.
Najpierw podsłuchuje się tych, którzy mówili. Potem przerabia się ich słowa. Następnie ogłasza się, że reprezentuje się tych, którzy milczą. W ten sposób wszyscy zostają obsłużeni. Mówiący tracą zdania, milczący zyskują rzecznika, a kronikarze mają materiał na kolejny odcinek.
Dawniej, żeby zostać kronikarzem, trzeba było mieć pergamin, pióro i przynajmniej jednego króla w okolicy. Dziś wystarczy kilka kont, dostęp do internetu i przekonanie, że cudza celność jest zasobem naturalnym.
Postęp jest znaczny.
Toteż kronikarze pracują dalej.
Jeżeli ktoś ich zignoruje, uznają to za pychę.
Jeżeli ktoś odpowie, uznają to za dowód winy.
Jeżeli ktoś napisze lepiej, uznają to za prowokację.
Jeżeli ktoś nie da się sprowokować, uznają to za konieczność dalszej pracy społecznej.
Wtedy zaczyna się obchód.
Tu się szepnie.
Tam się zasugeruje.
W innym miejscu rzuci pół zdania, które nie jest oskarżeniem, ale już założyło płaszcz i stoi w drzwiach.
Komuś się powie: „ja nic nie mówię, ale uważaj”.
Ktoś inny usłyszy: „wszyscy wiedzą”.
Najbardziej tajemnicze w tym wszystkim jest słowo „wszyscy”.
Nigdy nie wiadomo, kto to jest.
Nikt ich nie widział razem.
Nie mają adresu.
Nie podpisują protokołów.
A jednak stale wiedzą.
Wiedzą, kto od kogo wziął temat, choć czasem mylą kierunek. Wiedzą, kto ma za dużo uwagi, kto za mało pokory, kto nie powinien być lubiany i komu należy prewencyjnie obrzydzić kogoś, zanim samodzielnie wyrobi sobie zdanie.
To ostatnie kronikarze nazywają troską.
Troska jest bardzo pojemna. Można w niej zmieścić zazdrość, kontrolę, złośliwość, plotkę, a nawet małą prywatną zemstę. Wystarczy przykryć serwetką i podać z miną osoby zatroskanej o dobro wspólne.
A dobro wspólne, jak wiadomo, najlepiej wygląda wtedy, gdy ktoś inny źle wypada.
Dlatego kronikarze nie ustają.
Codziennie uchylają firankę.
Codziennie badają puls cudzych zdań.
Codziennie sprawdzają, czy nie pojawił się gdzieś temat, który można by uratować przed autorem.
Bo autorzy bywają nieodpowiedzialni. Piszą coś i myślą, że to ich. A przecież prawdziwie społeczna treść nie może należeć do jednostki. Musi przejść przez ręce kronikarzy, zostać rozpoznana jako ważna, pozbawiona źródła, opatrzona westchnieniem i wypuszczona z powrotem w świat jako mądrość zbiorowa.
Na tym polega obieg idei w cyfrowej gminie.
Ktoś wymyśla.
Ktoś podgląda.
Ktoś przepisuje.
Ktoś przyklaskuje z drugiego konta.
Ktoś pyta, czy tylko on tak ma.
I już mamy debatę.
A nad wszystkim wisi firanka.
Lekka, syntetyczna, niewinna.
Drży od przeciągu i od cudzych sekretów.
Gdyby umiała mówić, powiedziałaby zapewne:
— Dzieci, dajcie spokój.
Ale firanka nie mówi.
Firanka tylko zasłania.
Więc kronikarze cudzych westchnień piszą dalej, pełni powagi, misji i zapasowych loginów. A kiedy ktoś im zarzuci, że znowu przerobili cudzy temat, odpowiedzą z godnością:
— My tylko opisujemy rzeczywistość.
I rzeczywistość, biedna, stanie pod ścianą, zdejmie kapelusz i westchnie:
— Nie pierwszy raz mnie opisują. Ale pierwszy raz tak bez pytania.
< Zebranie nad wodą. Ptaki, słabość i bardzo ludzki porządek
                                                                                                                                                                                                                   O jakości, która w opiece nie polegała na hałasie >
Biedronka
Biedronka
Holandia znów woła
Co roku odbywa się to samo. Wiosna ledwie rozepnie kołnierz, ledwie człowiek pomyśli, że może tym razem świat zajmie się czymś innym, a już z internetu zaczyna dochodzić znajomy głos. Głos ten nie krzyczy. Skądże. Przeciwnie, przemawia tonem spokojnym, niemal opiekuńczym. Mówi: „Przyjedź. Praca jest. Zakwaterowanie jest. Transport jest. Wszystko jest”.
Człowiek słucha i przez chwilę nawet wierzy, że został zauważony. Że gdzieś w Europie ktoś z troską pochylił się nad jego losem. Że pomyślano o nim zawczasu, nim jeszcze zdążył sam pomyśleć o sobie. Ale wtedy zaczyna czytać.
A tam – Holandia. Znowu Holandia. Magazyny, produkcja, pakowanie żywności, szklarnie, zbiory, lotniska, order picking i inne zajęcia, przy których nie trzeba przesadnie rozważać sensu istnienia, ponieważ sens został już dawno rozpisany na zmiany, normy i godziny. Ogłoszeń dużo. Jedne stoją obok drugich jak równo ustawione skrzynki. Każde z nich usłużne, zachęcające, gotowe przyjąć człowieka takim, jakim jest – byle był zdrowy, dyspozycyjny i nie ociągał się z wyjazdem.
Wszystko to brzmi zresztą znajomo. „Od zaraz”. „Bez języka”. „Zakwaterowanie”. „Transport do pracy”. „Mile widziane pary”. „Dużo godzin”. Człowiek ma tylko wsiąść, dojechać i dać się wpisać w obieg. Obieg zaś, jak wiadomo, nie pyta o marzenia. Obieg pyta, czy można zacząć od poniedziałku.
Są też stawki, naturalnie. Bez stawek nie byłoby widowiska. 15,45 euro brutto za godzinę, 16,16 euro, czasem 17,66. Cyfry stoją wyprostowane, schludne, gotowe pełnić funkcję wabika. Człowiek patrzy na nie i ma prawo odnieść wrażenie, że oto Zachód, po latach milczenia, postanowił wynagrodzić mu cierpliwość. Po czym sięga do informacji oficjalnych i dowiaduje się, że ustawowe minimum w Holandii dla osoby 21+ wynosi od 1 stycznia 2026 roku 14,71 euro brutto za godzinę. W tej chwili powietrze nieco uchodzi. Okazuje się bowiem, że część owych „atrakcyjnych” ofert nie szybuje gdzieś wysoko nad rzeczywistością, lecz porusza się tuż nad nią, tylko odpowiednio oświetlona.
Ale nie byłoby uczciwie udawać, że chodzi wyłącznie o stawkę. Stawka to dopiero początek przedstawienia. Potem wchodzą dodatki. Dodatek wakacyjny. Dodatek urlopowy. Premia. Opieka koordynatora. Zakwaterowanie. Transport. Człowiekowi zaczyna się wydawać, że nie jedzie do pracy tymczasowej, lecz zostaje delikatnie przeniesiony pod opiekę systemu, który wszystko przewidział. I rzeczywiście – system przewidział dużo. Przede wszystkim to, że człowiek będzie spał tam, gdzie mu wskażą, jeździł wtedy, kiedy mu powiedzą, i pracował tam, gdzie akurat będzie potrzebny. Troska bywa czasem po prostu dobrze zorganizowaną kontrolą, tylko podaną w formie bardziej strawnej.
Nie znaczy to jednak, że każdy, kto jedzie, jedzie na zatracenie. Nie popadajmy w tani dramatyzm, bo on jest równie fałszywy jak tani optymizm. Dla wielu osób taka praca jest realną szansą. Na zarobek, na wyjście z kłopotów, na chwilowe złapanie oddechu. Tylko że szansa i mechanizm nie są tym samym. Szansa bywa osobista. Mechanizm jest zbiorowy i nie interesuje się pojedynczym losem bardziej, niż to konieczne.
Warto tu zresztą pamiętać o rzeczy podstawowej. Pracownik agencyjny w Holandii nie powinien być z definicji tańszą wersją człowieka. Oficjalne źródła mówią jasno o zasadzie „user’s remuneration”, czyli o prawie do wynagrodzenia i dodatków porównywalnych z tymi, jakie obowiązują pracowników zatrudnionych bezpośrednio na tym samym stanowisku. Nie chodzi więc tylko o stawkę podstawową, ale też o nadgodziny, koszty podróży, urlop i pozostałe składniki, które decydują o tym, czy praca jest uczciwie wyceniona, czy tylko schludnie opisana.
A skoro już mowa o opisach schludnych, nie sposób pominąć zakwaterowania. To słowo ma szczególny talent. W ogłoszeniu zawsze wygląda niewinnie. Leży sobie grzecznie między „atrakcyjną stawką” a „transportem do pracy”, jakby chodziło o coś naturalnego, miękkiego, niemal domowego. Tymczasem każdy, kto trochę zna realia, wie, że zakwaterowanie bywa jednym z najbardziej czułych punktów całego układu. Mieszkanie od agencji nie zawsze jest tylko mieszkaniem. Bywa także sposobem, by człowiek miał blisko nie tylko do pracy, ale i do zależności.
Nieprzypadkowo Holandia zaczęła przykręcać śrubę w sprawie potrąceń za mieszkanie. Oficjalne informacje wskazują, że od 1 stycznia 2026 potrącenia za zakwaterowanie z wynagrodzenia zostały ograniczone, a docelowo mają zostać całkowicie wygaszone. Państwo rzadko poprawia coś z nudów. Jeśli poprawia, to zwykle dlatego, że poprzednia praktyka komuś zbyt długo wchodziła na kark.
Dobrze też sprawdzić, czy miejsce zakwaterowania spełnia standardy SNF. Brzmi technicznie, a nawet mało romantycznie, ale emigracja zarobkowa w ogóle jest mało romantyczna. Ostatecznie nie chodzi o to, by człowiek miał gdzie położyć głowę w sensie symbolicznym, tylko o to, by nie mieszkał w warunkach, które każą mu rano dziękować losowi za sam fakt, że wychodzi do pracy. Standardy, rejestry, możliwość skargi – wszystko to jest mniej poetyckie niż zdjęcia tulipanów, ale znacznie bardziej przydatne.
Z całego tego wysypu ogłoszeń wynika rzecz w gruncie rzeczy prosta. Holandia znów potrzebuje ludzi do pracy fizycznej i sezonowej. Szybko dostępnych, elastycznych, gotowych wejść do obiegu bez zbędnych ceremonii. To nie jest żadna nowa era. To raczej stary porządek, tylko lepiej ubrany. Dawniej człowieka wzywano krótko. Dziś dodaje mu się jeszcze zakwaterowanie, transport i kilka dopisków o trosce.
Nie twierdzę, że należy od razu odwrócić się plecami do każdej takiej oferty. Twierdzę tylko, że warto patrzeć chłodno. Nie na nagłówek, lecz pod nagłówek. Nie na obietnicę, lecz na warunki. Nie na to, że wszystko jest „zorganizowane”, lecz na to, przez kogo i czyim kosztem. Bo praca tymczasowa ma to do siebie, że najładniej zawsze wygląda z daleka. Z bliska zaczyna się zwykła codzienność, a codzienność – jak wiadomo – rzadko bywa pisana czcionką pogrubioną.
Holandia więc znów woła. I zapewne wielu odpowie. Niech odpowiadają, byle nie z zamkniętymi oczami. W tych ogłoszeniach bowiem nie chodzi wyłącznie o pracę. Chodzi także o to, czy człowiek pozostanie jeszcze człowiekiem, czy już tylko sprawnie zakwaterowaną użytecznością.
 
Zanim ktoś pojedzie, warto sprawdzić:
czy stawka jest podana brutto czy netto ile realnie wynosi po odjęciu kosztów zakwaterowania i transportu czy liczba godzin jest gwarantowana, czy tylko „przewidywana” kto formalnie zatrudnia: holenderska agencja, polski pośrednik czy inna spółka po drodze czy zakwaterowanie spełnia standard SNF czy oferta respektuje zasadę równego wynagrodzenia pracownika agencyjnego jak wyglądają nadgodziny, dodatki zmianowe i dojazdy czy „bez języka” nie oznacza przypadkiem  bez możliwości negocjowania czegokolwiek
Biedronka
Biedronka
Europa miała być wygodna. Miała działać jak dobrze naoliwiona maszyna: człowiek wsiada, jedzie, leci, przekracza, załatwia. Dokument gdzieś tam jest, ale nie robi z siebie głównego bohatera podróży. Tymczasem rok 2026 przypomina, że dokument lubi wracać. Czasem po cichu, czasem z przytupem, ale wraca zawsze wtedy, gdy człowiek już uwierzył, że granica to tylko linia na mapie.
Od 10 kwietnia 2026 roku w całej strefie Schengen działa już w pełni Entry/Exit System (EES). Unia Europejska zastąpiła tradycyjne stemple w paszporcie cyfrowym rejestrem wjazdów i wyjazdów dla obywateli państw trzecich przy pobytach krótkoterminowych. Rejestrowane są dane z dokumentu podróży, a także biometria — zdjęcie twarzy i odciski palców.
Brzmi to nowocześnie, schludnie i nawet trochę futurystycznie. W praktyce oznacza jednak tyle, że przy granicy znów pojawia się człowiek z pytaniem: kto, skąd, po co i na jak długo. Nie zawsze dotyczy to samego emigranta z polskim paszportem, bo obywatele UE nie są objęci systemem EES. Ale dotyczy już bardzo często jego świata: partnera spoza Unii, członka rodziny przylatującego z kraju trzeciego, znajomego, który wpada z wizytą, albo dorosłego dziecka mieszkającego poza Europą. I nagle okazuje się, że emigracyjne życie znowu trzeba planować nie tylko sercem i kalendarzem, ale też procedurą.
Żeby było weselej, obok EES krąży drugi skrót, którym internet już zdążył ludzi postraszyć: ETIAS. Tyle że ETIAS jeszcze nie działa. Szwajcarski SEM i instytucje unijne podają, że jego uruchomienie jest planowane na ostatni kwartał 2026 roku, a na dziś nie są przyjmowane żadne wnioski. To ważne, bo w takich momentach zawsze wyrasta mały przemysł paniki: ktoś już coś „załatwia”, ktoś już coś „pomaga wypełnić”, ktoś już 
ostrzega, że bez opłaty i formularza nikt nigdzie nie poleci. Na razie nie. Na razie polecieć można bez tej nowej ozdoby biurokratycznej.
Do tego dochodzą Niemcy, które w lutym 2026 roku ogłosiły przedłużenie kontroli na granicach wewnętrznych o kolejne sześć miesięcy — od 15 marca 2026 roku. Niemieckie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych przypomina przy tym, że osoby przekraczające granicę powinny mieć przy sobie ważny dokument tożsamości. I tu właśnie kończy się stara, piękna opowieść o człowieku, który wyskoczył „tylko na chwilę”, „tylko na trasę”, „tylko przez Niemcy”, „tylko z torbą”. W 2026 roku słowo „tylko” robi się wyjątkowo niepraktyczne.
Dla emigrantów to nie musi oznaczać tragedii. Ale oznacza zmianę klimatu. Mniej przezroczystości, więcej czujności. Mniej założenia, że „jakoś to będzie”, więcej odruchu sprawdzania: czy dokument jest ważny, czy pobyt dobrze policzony, czy ktoś z rodziny spoza UE wie, czego się spodziewać przy wjeździe. Europa niby nadal otwarta, ale coraz częściej otwarta jak urząd: wejść można, tylko proszę podejść do właściwego okienka.
W tle tej całej układanki stoi jeszcze Szwajcaria, która jak zwykle nie potrzebuje wielkiego teatru, żeby człowiekowi przypomnieć, że formalność też jest formą krajobrazu. Szwajcarski system nadal przewiduje procedurę zgłoszeniową przy pracy krótkoterminowej do 90 dni roboczych w roku kalendarzowym dla określonych sytuacji w ramach świadczenia usług. Jeśli praca przekracza 90 dni, potrzebne jest już 
ezwolenie. To nie jest nowa rewolucja, ale dobry przykład na to, że współczesny emigrant żyje pomiędzy kilkoma porządkami naraz: unijnym, niemieckim i szwajcarskim — i każdy z nich lubi czasem powiedzieć: „chwileczkę, najpierw papier”.
Największy błąd byłby dziś taki sam jak zwykle: wzruszyć ramionami. Bo zmiany graniczne rzadko wyglądają groźnie w momencie ogłoszenia. One nabierają ciężaru dopiero wtedy, gdy ktoś nie zdąży na lot, źle policzy pobyt, zapomni dokumentu albo zaprosi rodzinę, nie wiedząc, że granica już nie jest tym samym dekoracyjnym przejściem co kilka lat temu.
Emigrant w 2026 roku nie stoi więc przed wielkim dramatem. Stoi raczej przed czymś bardziej irytującym, a przez to bardziej prawdziwym: przed powrotem procedury do codzienności. A procedura, jak wiadomo, nie krzyczy. Procedura siada obok człowieka cicho, poprawia okulary i mówi: „wszystko dla porządku”. Potem ten sam człowiek stoi z walizką i odkrywa, że porządek jakimś dziwnym trafem zawsze najwięcej kosztuje właśnie jego.
Bo tak wygląda nowoczesna Europa w wydaniu urzędowym: mniej stempla, więcej systemu; mniej szlabanu, więcej danych; mniej hałasu, więcej kontroli. Granica nie zniknęła. Granica po prostu nauczyła się obsługi komputera.
Biedronka
Biedronka
Polacy wyjechali.
Nie wszyscy, rzecz jasna. Część została, aby mówić, że tamci wyjechali bez sensu, a część, żeby mieć do kogo wracać na święta i narzekać na ceny. Niemniej jednak wyjechało ich dostatecznie wielu, aby zjawisko nabrało rozmiarów nie tylko rodzinnych, ale i międzynarodowych. W szczególności osiedli oni w Niemczech oraz w Szwajcarii, gdzie od pewnego czasu prowadzą życie zorganizowane, to znaczy pracują, płacą, milczą, czasem awansują, a czasem tylko się nie odzywają, żeby nie popełnić błędu w języku.
Pewnego dnia Integracja wezwała Przynależność i powiedziała:
— Trzeba by się zająć Polakami.
— A co z nimi? — spytała Przynależność.
— Właśnie nie wiadomo. Są.
— To źle?
— Nie. Ale samo bycie nie rozstrzyga sprawy.
Na tym polega trudność. Człowiek może bowiem być. Może nawet być bardzo porządnie. Może przychodzić do pracy punktualnie, płacić podatki, znać rozkład autobusów, oddzielać szkło od papieru i mówić „dzień dobry” z wymową, która nie wzbudza natychmiastowego alarmu. A jednak wszystko to nie musi jeszcze oznaczać, że został uznany za swojego. Oznacza to najwyżej, że przestał być kłopotem w formie surowej i przeszedł do kategorii kłopotu oswojonego.
W Niemczech sprawa przedstawia się dość okazale, ponieważ Polaków jest tam wielu. Tłumacząc ściślej: tylu, że nie sposób już robić z nich niespodzianki. Nikt rozsądny nie podnosi alarmu na widok Polaka, ponieważ Polak od dawna wszedł do krajobrazu. Jest w pracy, na ulicy, w sklepach, na budowie, w biurze, czasem nawet na grillu. Stał się elementem pejzażu, a pejzażu, jak wiadomo, nie podziwia się bez przerwy. On po prostu jest.
— Czy to dobrze? — spytała Przynależność.
— Bardzo dobrze — odrzekła Integracja. — Bo jeśli pejzaż przestaje dziwić, to znaczy, że został przyjęty.
— Albo przeoczony — zauważyła Przynależność.
I tu rozmowa nabrała charakteru poważniejszego.
Polacy w Niemczech są w znacznej mierze oswojeni. Nie budzą już takiego zainteresowania jak ci, którzy przybyli później albo przybyli w sposób bardziej widowiskowy. Są uznawani za pracowitych, raczej przewidywalnych, przeważnie zdolnych do poruszania się po świecie bez rozbijania mebli. To dużo. Ale zarazem taka pochwała ma naturę szczególną. Człowiek bywa chwalony najbardziej wtedy, gdy nie przeszkadza. A to jeszcze nie jest pełnia uznania, tylko dobrze zarządzana tolerancja.
W Niemczech Polak funkcjonuje często tak, jak działa sprawny zegarek w kuchni: każdy przywykł do jego obecności, nikt się go nie boi, nikt nie pisze o nim poematów, ale też mało kto zastanawia się, co on właściwie czuje, skoro odmierza czas wspólny, a nadal nie wiadomo, czy stoi na swoim stole.
Szwajcaria jest inna. Tam nawet powietrze sprawia wrażenie, jakby miało regulamin. Człowiek przybywa i od razu czuje, że nie wystarczy istnieć. Trzeba istnieć poprawnie. Najlepiej po cichu, terminowo i bez niepotrzebnych ozdobników. Jeśli zatem Polak pracuje, nie spóźnia się, zna zasady, nie robi widowisk z codzienności i potrafi zmieścić się w granicach wyznaczonych przez urząd, sąsiada oraz zdrowy rozsądek, to jego pozycja rośnie.
— Czyli jest dobrze? — spytała Przynależność.
— Jest przejrzyście — odrzekła Integracja. — A to już połowa szczęścia.
Szwajcaria bowiem nie sili się na przesadną serdeczność. Ona dopuszcza człowieka do obiegu, jeśli ten potrafi funkcjonować bez zgrzytu. Jest w tym coś uczciwego, ale też coś chłodnego. Przybysz może zostać zaakceptowany, lecz akceptacja ta przypomina często dobrze wystawione zaświadczenie: poprawne, ważne, ostemplowane, tylko nie ma się do czego przytulić.
Polacy radzą sobie tam całkiem dobrze. Nie są kojarzeni z największym niepokojem społecznym, nie budzą szczególnej paniki, nie traktuje się ich jako żywiołu, który zaraz przewróci porządek alpejski. Wręcz przeciwnie. Uchodzi się za ludzi, którzy pracują, dostosowują się, dają sobie radę. Ale i tutaj należy zachować ostrożność. Bo jeśli ktoś mówi o człowieku: „bardzo porządny, niczego nie zniszczył”, to jeszcze nie znaczy, że zaprasza go od razu do salonu. Być może jedynie zgadza się, aby ten siedział bliżej pieca.
— To w końcu jak nas widzą? — zapytała Przynależność.
Integracja poprawiła okulary.
— Jako ludzi, z którymi da się żyć.
— To chyba komplement?
— Niewątpliwie. Chociaż nie największy z możliwych.
I rzeczywiście, na tle wielu historycznych i współczesnych nieszczęść ludzkości fakt, że z Polakami da się żyć, należy uznać za osiągnięcie niemałe. W Niemczech są grupą oswojoną, w Szwajcarii — grupą dopuszczoną do mechanizmu. W obu krajach oceniani są raczej jako pracowici, zaradni i mało kłopotliwi. Nie stali się symbolem katastrofy. Nie jest to mało. Ale nie jest to jeszcze wszystko.
Bo człowiek, nawet emigrant, nie składa się wyłącznie z użyteczności. Nie żyje samym etatem, poprawnym formularzem i spokojem sąsiada. Chciałby jeszcze wiedzieć, czy jest kimś więcej niż elementem dobrze działającym. Czy został uznany za równego. Czy jego obecność nie jest tylko tolerowana, ale także przyjęta.
Na tym właśnie polega różnica między integracją a przynależnością.
Integracja mówi: „możesz tu funkcjonować”.
Przynależność mówi: „jesteś jednym z nas”.
Polacy w Niemczech i w Szwajcarii pierwszą z tych spraw mają w znacznej mierze załatwioną.
Druga pozostaje, jak to zwykle bywa w sprawach ludzkich, częściowo otwarta, częściowo przemilczana i w całości godna dalszej obserwacji.
Biedronka
Biedronka
Wprowadzenie: Dlaczego Polacy wybierają Holandię
Polacy pracujący w Holandii od lat stanowią jedną z największych grup pracowników zagranicznych w tym kraju. Powód jest prosty – stosunkowo wysokie zarobki, dostępność pracy oraz brak konieczności posiadania pozwolenia na pracę dla obywateli UE.
Holandia oferuje szeroki wachlarz prac tymczasowych, szczególnie dla osób bez znajomości języka. Jednak za atrakcyjnymi ofertami często kryją się realia, które warto dobrze zrozumieć przed wyjazdem.
Skala zjawiska i trendy migracyjne
Ilu Polaków pracuje w Holandii
Liczba Polaków w Holandii liczona jest w setkach tysięcy. Co ważne, nie jest to już tylko migracja sezonowa – coraz więcej osób decyduje się na dłuższy pobyt lub stałą pracę.
Najpopularniejsze sektory zatrudnienia
Najczęściej Polacy pracują w:
ogrodnictwie i rolnictwie 🌱
logistyce i magazynach 📦
produkcji spożywczej 🍖
budownictwie 🏗️
sprzątaniu i usługach 🧹
Rodzaje pracy tymczasowej w Holandii
Praca przez agencję
To najpopularniejszy model. Agencja organizuje:
zatrudnienie
zakwaterowanie
transport
Minus? Duża zależność od jednego podmiotu.
Umowa bezpośrednia
Daje większą stabilność i często lepsze warunki:
stałe godziny
większe dodatki
większa kontrola nad życiem
Samozatrudnienie (ZZP)
Popularne w budownictwie, ale wymaga:
rejestracji działalności
znajomości systemu podatkowego
samodzielnego rozliczania
Delegowanie z Polski
Pracujesz dla polskiej firmy, ale w Holandii. Często:
inne zasady ubezpieczenia
niższe składki
różnice w wynagrodzeniu
Zarobki w Holandii w 2026 roku
Minimalna stawka godzinowa
W 2026 roku:
👉 €14,71 brutto/h (21+)
To absolutne minimum.
Zarobki w różnych branżach
magazyn: €14,71 – €19/h
produkcja: €15 – €20/h
budownictwo: €19 – €24/h
sprzątanie: €15 – €21/h
Przykładowe wynagrodzenia netto
Przy pełnym etacie:
z ulgą podatkową: ok. €2200 – €2400 netto
bez ulgi: ok. €1500 – €1700 netto
Koszty życia i potrącenia
Zakwaterowanie
Najczęściej:
€400 – €700 (agencja)
€800 – €1000 (prywatnie)
Ubezpieczenie zdrowotne
👉 ok. €150 – €160 miesięcznie
Podatki i ulgi
Kluczowe znaczenie ma:
loonheffingskorting (ulga podatkowa)
zorgtoeslag (dopłata do ubezpieczenia)
Zakwaterowanie pracowników
Typy mieszkań
domy pracownicze
pokoje współdzielone
campy pracownicze
prywatne mieszkania
Standardy i warunki
Powinny obejmować:
odpowiednią przestrzeń
dostęp do kuchni i łazienki
Czas pracy i prawa pracownika
Godziny pracy
max 12h dziennie
max 60h tygodniowo
średnio 48h
Nadgodziny i dodatki
Często:
130% za nadgodziny
150% za nocne zmiany
dodatki za weekendy
Formalności po przyjeździe
BSN i rejestracja
Bez BSN nie:
podejmiesz pracy
otworzysz konta
rozliczysz podatków
 
Ubezpieczenie
Obowiązkowe przy pracy w Holandii.
kontaktu z urzędami
Konto bankowe i DigiD
Potrzebne do:
wypłaty wynagrodzenia
 
Najczęstsze problemy i zagrożenia
Ukryte koszty
zawyżone opłaty za mieszkanie
dodatkowe opłaty za transport
brak ulg podatkowych
słabe warunki mieszkaniowe
 
Jak wybrać dobrą pracę i agencję
 
Sprawdź:
umowę przed wyjazdem
czy mieszkanie jest opcjonalne
czy dostajesz symulację wypłaty
 
Unikaj ofert typu:
❌ „wszystko załatwimy”
❌ „brak formalności”
❌ „super zarobki bez języka”
 
 
 
❓ FAQ – najczęściej zadawane pytania
1. Czy Polacy potrzebują pozwolenia na pracę w Holandii?
Nie, jako obywatele UE mogą pracować bez pozwolenia.
2. Ile można zarobić na rękę?
Średnio €2000–€2400 netto miesięcznie.
3. Czy trzeba mieć ubezpieczenie zdrowotne?
Tak, jest obowiązkowe.
4. Czy agencja może zmusić do mieszkania?
Nie, nie powinna tego wymagać.
5. Czy warto pracować przez agencję?
Na start tak, ale długoterminowo lepiej przejść na umowę bezpośrednią.
6. Czy można dostać dopłatę do ubezpieczenia?
Tak, jeśli dochód jest odpowiednio niski.
Podsumowanie
Polacy pracujący w Holandii mają realną szansę na dobre zarobki, ale tylko wtedy, gdy rozumieją system. Kluczowe są trzy rzeczy:
✔ kontrola kosztów mieszkania
✔ znajomość wynagrodzenia netto
✔ poprawne formalności
Jeśli zadbasz o te elementy – Holandia może być bardzo opłacalnym kierunkiem.
 
 
Biedronka
Biedronka
Nie trzeba być naiwnym, żeby wpaść. Wystarczy być zmęczonym szukaniem pracy, mieć gorszy dzień albo usłyszeć:
„To ostatnie miejsce. Jeśli teraz nie potwierdzisz, biorę następną osobę.”
I tu zaczyna się problem.
Oszustwa rekrutacyjne nie żerują na głupocie. Żerują na pośpiechu, stresie i zaufaniu, że „firma przecież istnieje”. Czasem istnieje — tylko nie ta, z którą rozmawiasz.
Poniżej masz prosty, praktyczny poradnik. Bez straszenia. Bez teorii. Do użycia od razu.
1) Najpierw jedna zasada: uczciwa firma nie potrzebuje presji
Jeśli ktoś naciska, żebyś podjęła decyzję „teraz”, zanim dostaniesz dokumenty i zanim wszystko zrozumiesz — to nie jest „dynamiczna rekrutacja”. To jest mechanizm.
Uczciwy pracodawca (albo agencja) woli:
żebyś wiedziała, na co się piszesz,
żebyś nie uciekła po tygodniu,
żebyś nie miała pretensji o potrącenia i warunki.
Presja czasu jest wygodna tylko dla tych, którzy nie chcą pytań.
2) Najczęstsze scenariusze przekrętów !
A) „Weryfikacja” przez link
Dostajesz link do rzekomego formularza, „panelu pracownika”, „zaloguj się, żeby potwierdzić tożsamość”.
W środku: prośby o dane, czasem o logowanie, czasem o kody SMS.
Po co im to?
Bo dane to pieniądz. A dostęp do konta (mail, bank, social) — to już jackpot.
B) „Opłata przed podpisaniem umowy”
„Rezerwacja miejsca”, „zaliczka za zakwaterowanie”, „opłata za transport”, „szkolenie obowiązkowe”.
Zwykle kwota jest tak dobrana, żeby bolało… ale nie na tyle, żeby każdy poszedł na policję.
Uczciwa firma rozlicza koszty jasno, na dokumentach.
A nie „przelew na szybko, bo kierowca czeka”.
C) Podszywanie się pod prawdziwą firmę
Nazwa prawie identyczna, logo podobne, czasem nawet skopiowana strona.
Różnica jest w szczegółach: inny adres mailowy, inny numer telefonu, literówka w domenie.
D) „Umowa” bez konkretów
Dokument jest, ale po przeczytaniu nadal nie wiesz:
gdzie dokładnie pracujesz,
ile godzin,
ile płacą i co potrącają,
kto jest pracodawcą, a kto pośrednikiem.
To
3) 12 czerwonych flag !
Nie musisz rozpoznawać wszystkich. Wystarczą dwie–trzy.
„Decyzja dziś / do godziny…”
Brak pełnych danych firmy (adres, rejestr, strona, NIP/UID/KVK)
Kontakt tylko przez komunikator, bez normalnej rozmowy
Mail z Gmail/Outlook zamiast firmowego
Umowa bez stawki, godzin, miejsca pracy albo potrąceń
Prośba o skan dowodu „już teraz, bo inaczej się nie da”
Link do „weryfikacji”, który wygląda podejrzanie
Prośba o kody SMS / potwierdzenia / „autoryzację”
Płatność na prywatne konto albo „na kierowcę”
Zakwaterowanie opisane jak wróżba: „coś się znajdzie”
Zbyt piękne warunki + zero konkretów
Irrytacja na pytania („pani nie ufa?”, „wszyscy tak robią”)
To ostatnie jest ważne: uczciwa firma nie obraża się na pytania.
Ona lubi pytania, bo wie, że wtedy współpraca jest spokojniejsza.
nie jest umowa — to papier do uspokojenia.
4) Jak sprawdzić firmę w 10 minut 
Zrób trzy rzeczy:
1) Sprawdź dane na stronie firmy
Czy jest:
pełna nazwa,
adres,
dane rejestrowe,
regulaminy/polityka prywatności,
normalny kontakt.
Jeśli strona jest „ładna”, ale nie ma danych — to jest tylko dekoracja.
2) Google Maps i zdjęcia
Wpisz adres. Zobacz, co tam jest: biuro, magazyn, czy przypadkiem „blok i żabka”.
To nie zawsze dyskwalifikuje (małe firmy też istnieją), ale jest ważną wskazówką.
3) Oddzwoń na numer z oficjalnej strony
Nie na numer z ogłoszenia.
Tylko na ten, który widnieje na stronie firmy.
Jeśli ktoś się plącze i „to nie my” — masz odpowiedź.
5) Co wysyłać, a czego nie wysyłać nigdy
Możesz wysłać:
CV,
certyfikaty,
referencje,
informacje o doświadczeniu.
Nie wysyłaj nigdy:
haseł,
kodów SMS,
danych karty,
zdjęcia dowodu „z obu stron” bez jasnego powodu i procedury,
logowania do banku, maila, profilu czegokolwiek.
Jeśli ktoś prosi o kody SMS, to nie rekrutacja.
To kradzież w wersji “na miło”.
6) Prosty test: 5 pytań, które uczciwa firma zniesie bez bólu
Zapisz i wklejaj (serio):
„Poproszę pełne dane firmy i adres biura.”
„Kto jest formalnym pracodawcą?”
„Jaka jest stawka (brutto/netto) i jakie potrącenia są przewidziane?”
„Ile godzin tygodniowo i jak wygląda grafik?”
„Jakie są warunki zakwaterowania i ile kosztuje?”
Jeśli po tych pytaniach ktoś robi się nerwowy — to świetnie.
Oszczędziłaś sobie kłopotów.
7) Krótka checklista
Oferta jest bezpieczna, jeśli:
mam pełne dane firmy,
wiem, kto jest pracodawcą,
znam stawkę i potrącenia,
nie ma presji czasu,
nikt nie chce kodów, haseł ani opłat “przed”.
 
Jeśli dwa punkty są na NIE — odpuść.
Pracy jest dużo. Nerwy masz jedne.
font-size:11px; text-transform:uppercase; letter-spacing:1.2px; color:#7e8792; margin-bottom:10px; "> ← Poprzedni artykuł Gdy frustracja robi za alibi Następny artykuł → TU_TYTUL_NASTEPNY  
Biedronka
Biedronka
Biedronka

Przez Biedronka, w Pod powierzchnią ,

Biedronka

Przez Biedronka, w Pod powierzchnią ,

Treści i formaty autorskie. Inspiruj się uczciwie: podaj źródło.

Jeżeli jednak zamierzasz spartolić treść z tej strony, milcz i nie zostawiaj śladów, bo my się do Ciebie na pewno nie przyznamy. 😇🖕

Polacynasaksach 2025 Facebook Treści i formaty autorskie. Inspiruj się uczciwie: podaj źródło.

Account

Navigation

Szukaj

Szukaj

Configure browser push notifications

Chrome (Android)
  1. Tap the lock icon next to the address bar.
  2. Tap Permissions → Notifications.
  3. Adjust your preference.
Chrome (Desktop)
  1. Click the padlock icon in the address bar.
  2. Select Site settings.
  3. Find Notifications and adjust your preference.