Skocz do zawartości
View in the app

A better way to browse. Learn more.

Polacynasaksach

A full-screen app on your home screen with push notifications, badges and more.

To install this app on iOS and iPadOS
  1. Tap the Share icon in Safari
  2. Scroll the menu and tap Add to Home Screen.
  3. Tap Add in the top-right corner.
To install this app on Android
  1. Tap the 3-dot menu (⋮) in the top-right corner of the browser.
  2. Tap Add to Home screen or Install app.
  3. Confirm by tapping Install.

Życie, praca i inne komplikacje

Praca, przepisy, historia, codzienność i sprawy społeczne. Bez dekoracji, za to z uwagą- ponieważ emigracja rzadko mieści się w jednej rubryce, a życie jeszcze rzadziej.
Kiedy dziś mówimy „Polacy w Holandii”, wielu osobom od razu stają przed oczami szklarnie, magazyny, sortownie, agencje pracy i współczesna emigracja zarobkowa. Ale polskie ślady w Niderlandach są znacznie starsze. Nie zawsze tworzyły zwartą Polonię. Czasem były to pojedyncze nazwiska w księgach uniwersyteckich, czasem wygnańcy religijni, żołnierze, ludzie morza, Żydzi aszkenazyjscy z ziem polskich albo uchodźcy polityczni po powstaniach. Historia, jak to historia, nie ustawiła się grzecznie w kolejce po jeden prosty opis.
Zanim była emigracja zarobkowa
Współczesna polska obecność w Holandii kojarzy się przede wszystkim z pracą. I trudno się dziwić. Po 2004 roku Holandia stała się jednym z ważniejszych kierunków emigracji zarobkowej z Polski. Ale to dopiero ostatni rozdział znacznie dłuższej opowieści.
Jeśli cofniemy się wcześniej, zobaczymy zupełnie inną mapę. Nie ma jeszcze zorganizowanej Polonii, polskich sklepów, parafii, grup na Facebooku i pytań o to, która agencja „nie kręci”. Są za to miasta portowe, uniwersytety, drukarnie, statki, wojny, religijne spory i wielka europejska wędrówka ludzi, idei oraz pieniędzy.
Niderlandy, zwłaszcza w XVII wieku, były jednym z najważniejszych miejsc Europy. Republika Zjednoczonych Prowincji rozwijała handel, żeglugę, druk, naukę i bankowość. A Rzeczpospolita Obojga Narodów, choć geograficznie daleka od Amsterdamu, była dla Holendrów ważnym partnerem. Przez Gdańsk płynęło zboże, drewno i inne towary z obszaru bałtyckiego. Holenderskie bogactwo nie rosło wyłącznie na tulipanach i pracowitości mieszczan, jak lubią opowiadać ładne broszurki. Rosło także na wielkim handlu bałtyckim, w 
którym ziemie Rzeczypospolitej miały ogromne znaczenie.
Studenci z Rzeczypospolitej w Lejdzie
Jednym z najstarszych i najciekawszych śladów polskiej obecności w Niderlandach są studenci. Lejda była w XVII i XVIII wieku ważnym ośrodkiem naukowym. Do tamtejszego uniwersytetu przyjeżdżali młodzi ludzie z różnych części Europy, także z Rzeczypospolitej Obojga Narodów.
Wśród nich byli studenci z Gdańska, Torunia, Elbląga, Leszna, Wilna i innych miast. Często byli protestantami, ludźmi z Prus Królewskich albo przedstawicielami środowisk, którym łatwiej było odnaleźć się w niderlandzkim świecie uniwersyteckim niż w bardziej zamkniętych realiach własnego kraju. Zestawienia dotyczące Lejdy pokazują, że od końca XVI wieku do 1772 roku studiowało tam ponad 1200 osób z Rzeczypospolitej Obojga Narodów.
To nie była emigracja w dzisiejszym sensie. Wielu z nich po studiach wracało do kraju, obejmowało stanowiska miejskich lekarzy, profesorów, urzędników albo uczonych. Ale ich obecność w Niderlandach była realna. Przywozili ze sobą języki, kontakty, listy polecające i ambicje. Wyjeżdżali po wiedzę, nie po dodatki zmianowe. Choć zapewne niejeden student już wtedy uważał, że czynsz jest za wysoki, a profesor za bardzo lubi własny głos. Pewne rzeczy w dziejach ludzkości są niezniszczalne.
Bracia polscy w Amsterdamie
Osobny rozdział to bracia polscy, nazywani też arianami albo socynianami. Była to wspólnota religijna, która w Rzeczypospolitej budziła coraz większą niechęć. Po zamknięciu ośrodka w Rakowie w 1638 roku, a później po wygnaniu braci polskich z kraju w 1658 roku, część z nich szukała miejsca, gdzie można było żyć, drukować i dyskutować bez natychmiastowego ryzyka oskarżenia o herezję.
Jednym z takich miejsc był Amsterdam. Badacze wskazują, że obecność polskich braci w Zjednoczonych Prowincjach przypada mniej więcej na okres od 1638 roku do końca lat 60. XVII wieku. W Amsterdamie wchodzili w kontakty z remonstrantami, mennonitami i kolegiantami. Łączyła ich idea tolerancji religijnej, swobodniejszego proroctwa i niechęci do sztywnych struktur wyznaniowych.
To jest bardzo ważny ślad, bo pokazuje, że emigracja nie zawsze zaczynała się od biedy. Czasem zaczynała się od książki, której nie wolno było wydrukować. Od kazania, którego nie należało wygłaszać. Od myśli, która była zbyt niewygodna dla tych, którzy lubili mieć porządek w cudzych sumieniach
Amsterdam dawał przestrzeń. Nie idealną, nie anielską, bo anioły rzadko prowadzą interesy portowe, ale jednak znacznie szerszą niż wiele miejsc ówczesnej Europy.
Żołnierze, ludzie morza i kolonialne szlaki
Polskie ślady w Niderlandach nie kończą się na uniwersytetach i religii. Są też bardziej szorstkie: wojskowe, morskie i kolonialne.
W XVII wieku Polacy oraz ludzie z ziem Rzeczypospolitej pojawiali się w armii niderlandzkiej. Paul Hulsenboom opisuje relację Sebastiana Gawareckiego z lat 40. XVII wieku, w której pojawia się Polak z Warszawy służący w wojsku holenderskim jako chorąży.
Jeszcze ciekawszy jest wątek Holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej, czyli VOC. Badania Mariusza Kowalskiego pokazują, że w XVII i XVIII wieku do służby VOC trafiali ludzie z ziem Rzeczypospolitej. W bazach płacowych Kompanii pojawiają się osoby identyfikowane jako przybysze z Polski, Gdańska, Prus czy innych obszarów związanych z Rzeczpospolitą. Kowalski zaznacza przy tym, że pojęcie „Polak” trzeba rozumieć ostrożnie, bo w epoce przednowoczesnej nie działało ono tak jak dzisiejsza narodowość w paszporcie 
To bardzo dobry moment, żeby czytelnikowi powiedzieć jasno: dawnych ludzi nie wolno na siłę wkładać w dzisiejsze rubryki. Urzędnik z XXI wieku bardzo by chciał, żeby każdy miał PESEL, obywatelstwo, kod kraju i status podatkowy. XVII wiek niestety nie był tak uprzejmy. Ktoś mógł być z Gdańska, z Prus Królewskich, z ziem Rzeczypospolitej, mówić po niemiecku, znać polski, być luteraninem, służyć Holendrom i zostać zapisany w archiwum w sposób, który dziś przyprawia badacza o lekką chęć rzucenia segregatorem.
Ale ślady są. I pokazują, że ludzie z ziem polskich uczestniczyli także w niderlandzkich wyprawach morskich, wojsku i kolonialnych przedsięwzięciach.
Jednym z bardzo ciekawych przykładów późniejszego, XVIII-wiecznego losu jest Teodor Anzelm Dzwonkowski, polski żołnierz, który służył na holenderskim okręcie w latach 1788–1793 i pozostawił pamiętnik z podróży do Azji Południowo-Wschodniej.
Żydzi aszkenazyjscy z ziem polskich
W XVIII wieku do Niderlandów przybywali także Żydzi aszkenazyjscy z Polski. Powody były różne: prześladowania, niepewność, ale również ekonomia. Opracowanie „Vijf eeuwen migratie” podaje, że w połowie XVIII wieku w Niderlandach było już około dziesięciu tysięcy Żydów aszkenazyjskich z Niemiec, Polski i Rosji, a między 1750 a 1800 rokiem liczba ta wzrosła do około dwudziestu tysięcy
Tu trzeba zachować precyzję. Nie należy pisać o nich po prostu jako o „Polakach” w dzisiejszym narodowym rozumieniu. Lepiej mówić: ludzie z ziem polskich, Żydzi aszkenazyjscy z Polski, migranci ze wschodniej Europy. Ich tożsamość była religijna, językowa, lokalna i wspólnotowa, a niekoniecznie narodowa w sensie XIX- czy XX-wiecznym.
Ale dla historii obecności ludzi z ziem polskich w Niderlandach to wątek istotny. Pokazuje, że „polskie ślady” nie są jednorodne. Nie składają się wyłącznie ze szlachcica, studenta i żołnierza. Są też historią wspólnot żydowskich, migracji wymuszonej, ekonomicznej i rodzinnej.
XIX wiek: ciszej, trudniej, bardziej rozproszenie
I tu dochodzimy do XIX wieku. Czyli do momentu, w którym można by oczekiwać wielkiej polskiej historii emigracyjnej w Holandii. Przecież były rozbiory, powstania, represje, emigracja polityczna, ucieczki, tułaczka. A jednak Holandia nie była głównym centrum polskiej emigracji XIX wieku.
Po upadku powstania listopadowego najważniejszym ośrodkiem Wielkiej Emigracji stała się Francja, zwłaszcza Paryż. Polacy trafiali też do Belgii, Szwajcarii, Wielkiej Brytanii i dalej do Ameryki. Holandia była raczej miejscem pobocznym: obserwującym, komentującym, czasem przejściowym, czasem przyjmującym pojedyncze osoby, ale nie tworzącym wielkiego polskiego skupiska.
Co więcej, niderlandzka reakcja na powstanie listopadowe była początkowo chłodna. Według Hulsenbooma polski zryw wzbudził w Holandii zainteresowanie, ale wielu niderlandzkich autorów potępiało rewolucję, chwaliło cara i przedstawiało Polaków jako chaotycznych oraz niewdzięcznych. Powód był bardzo lokalny:
Holendrzy mieli świeżo w pamięci rewolucję belgijską z 1830 roku i oderwanie południowych prowincji. Patrzyli więc na polskie powstanie przez własny polityczny ból. Jak to często bywa, cudza tragedia została przepuszczona przez własny rachunek krzywd.
W czasie powstania styczniowego ton był już bardziej zniuansowany. W 1863 roku sprawa polska trafiła nawet do debaty w niższej izbie holenderskiego parlamentu. Część polityków broniła symbolicznego poparcia dla Polaków, porównując ich walkę z dawnym niderlandzkim buntem przeciw Hiszpanii. Inni uznawali, że Polacy porywają się na niemożliwe i zrażają do siebie opinię przemocą.
To nie znaczy, że w Holandii nie było polskich uchodźców. Znaczy raczej, że nie była ona główną sceną tej historii. Była jednym z bocznych korytarzy. A boczne korytarze są w historii bardzo ważne, tylko trzeba się po nich schylać z latarką, bo nikt nie ustawił tam złotej tabliczki „tu zaczyna się Polonia”.
Dlaczego tak trudno ich znaleźć?
Największy problem z XIX wiekiem polega na tym, że Polska nie istniała wtedy jako państwo. Człowiek z Warszawy mógł być w dokumentach poddanym rosyjskim. Ktoś z Poznańskiego mógł figurować jako Prusak. Ktoś z Galicji jako Austriak. Ktoś z Gdańska jako osoba z Prus albo z niemieckojęzycznego miasta o silnych
historycznych związkach z Rzeczpospolitą.
Do tego dochodzą ograniczenia statystyki. Holenderskie CBS wskazuje, że dopiero w spisie ludności z 1849 roku pytano o urodzenie za granicą, a oficjalne statystyki migracyjne zaczynają się od 1865 roku. Wcześniej jesteśmy skazani na księgi, listy, akta wojskowe, rejestry uniwersyteckie, dokumenty notarialne i przypadkowo zachowane świadectwa. Innymi słowy: archiwum mówi „proszę szukać”, po czym gasi światło.
Zanim powstała Polonia
Historia Polaków w Holandii przed XX wiekiem nie jest historią jednej wielkiej fali. To raczej historia rozproszonych śladów. Studentów w Lejdzie. Braci polskich w Amsterdamie. Ludzi z ziem Rzeczypospolitej w armii niderlandzkiej i na statkach VOC. Żydów aszkenazyjskich przybywających z Polski. Uchodźców politycznych, których losy prowadziły przez różne kraje Europy.
Dopiero XX wiek przyniesie bardziej uchwytne fale: górników z Limburgii, powojenne losy, migrację polityczną i zarobkową, a potem współczesną obecność Polaków w Holandii. To już osobna opowieść.
Ale zanim pojawiły się busy, agencje pracy, szklarnie i magazyny, byli inni ludzie. Z książką, listem polecającym, modlitewnikiem, szablą, biletem na statek albo po prostu z nadzieją, że gdzieś dalej da się oddychać trochę swobodniej.
I to właśnie oni zostawili pierwsze polskie ślady w Holandii. Nie zawsze głośne. Nie zawsze łatwe do znalezienia. Ale wystarczająco wyraźne, by przypomnieć, że emigracja nie zaczęła się od naszych czasów. Zmieniły się tylko środki transportu, nazwy dokumentów i rodzaj urzędnika, który człowieka pyta, po co właściwie przyjechał.
 
  • 199 wyświetleń
Żyrafa pojechała do pracy w Niemczech. Miało być prosto: robota, wyjazd, zarobek, powrót. Lis, który wysyłał zwierzęta do pracy, zapewniał, że wszystko jest „standardowe”. Kury na Facebooku gdakały, że „tak się robi”. A potem przyszedł list z IKK.
W liście była karta niemieckiej kasy chorych. Do tego pojawił się temat meldunku na niemiecki adres  i pytanie, kto właściwie Żyrafę zgłosił, gdzie zgłosił, po co zgłosił i czy ktoś zamierza ją potem wyrejestrować. W pracy za granicą najgorsze nie zawsze jest to, że coś się stało. Najgorsze bywa to, że nikt nie umie powiedzieć, co dokładnie.
Lis mówi: proszę podpisać
Żyrafa przyszła do Lisa, bo Lis miał ogłoszenie.
„Potrzebujemy personelu do pracy . Wyjazd szybki. Warunki dobre. Formalności proste.”
— Mogę przeczytać umowę? — spytała Żyrafa.
— Naturalnie — powiedział Lis. — Tylko szybko.
— A co tam jest?
— Standard.
— Jaki standard?
— Nasz.
— A co z ubezpieczeniem?
— Wszystko załatwimy.
— A z meldunkiem?
— Proszę się nie martwić.
Żyrafa podpisała. Nie dlatego, że była głupia. Dlatego, że była w pośpiechu, miała walizkę, termin wyjazdu i głos Lisa przy uchu. Głos Lisa był spokojny, miękki i tak pewny siebie, że aż niebezpieczny.
W takich chwilach zaczynają się najładniejsze kłopoty. Nie hukiem. Nie awanturą. Tylko zdaniem: „to tylko formalność”.
Potem przychodzi Wilk
Po kilku dniach przyszedł list. W środku karta IKK.
Żyrafa obejrzała plastik.
— Czy ja jestem ubezpieczona?
Karta milczała.
— Czy ja jestem zatrudniona w Niemczech?
Karta milczała dalej.
— Czy ja jestem delegowana z Polski?
Karta nie miała zdania.
— Czy ja zostałam zameldowana u klienta ?
Koperta wyglądała coraz gorzej.
Wtedy z urzędu wyszedł Wilk. Nie był to Wilk leśny, który poluje na zające. To był Wilk urzędnik. Nosił okulary, miał teczkę i nie rzucał się na nikogo bez potrzeby. On tylko sprawdzał rubryki. Co, jak wiadomo, potrafi być bardziej dotkliwe.
— Sama karta IKK nie oznacza jeszcze katastrofy — powiedział Wilk. — Jeśli Żyrafa pracuje w Niemczech na niemieckiej umowie, zgłoszenie do niemieckiej kasy chorych może być normalne. Ale jeśli Żyrafa nie wie, kto ją zgłosił, na jakiej podstawie i czy po zakończeniu pracy ktoś ją wyrejestrował, to nie mamy porządku. Mamy zagadkę.
 Zagadka administracyjna różni się od dziecięcej tym, że dziecko dostaje cukierka, a dorosły rachunek.
Kury wiedzą wszystko
Żyrafa, jak każde rozsądne zwierzę w kryzysie, poszła na Facebook.
Na grzędzie siedziały Kury.
Pierwsza Kura gdaknęła:
— Natychmiast wypowiedzieć! Bo naliczą dziewięćset euro!
Druga Kura powiedziała:
— Mnie Lis kiedyś zlikwidował. Trzeba napisać do Lisa.
Trzecia spytała:
— A w którym momencie Lis poleciał w gumy?
Czwarta dodała:
— W Niemczech trzeba się meldować, mało kto  to wie!
Piąta uznała, że skoro sprawa dotyczy Niemiec, to najlepiej mówić bardzo pewnie.
Kury bywają pożyteczne. Potrafią ostrzec, czasem podrzucą trop, czasem mają własne doświadczenie. Ale Kury mają też tę wadę, że każda gdacze ze swojego kurnika. Jedna była na niemieckiej umowie, druga na delegowaniu, trzecia na czarno, czwarta słyszała od kuzynki, a piąta pomyliła EKUZ z A1, ale za to ma ładne zdjęcie profilowe.
Dlatego porad z grzędy można wysłuchać. Tylko nie należy nimi zastępować dokumentów.
Dziewięćset euro, czyli straszak z ziarnem prawdy
Czy Wilk może naliczyć wysokie składki?
Może.
Nie zawsze. Nie każdemu. Nie automatycznie za samo zdziwienie. Ale jeżeli niemiecka kasa chorych uzna, że członkostwo trwa, a nie ma jasnego pracodawcy, dochodu albo potwierdzenia innego ubezpieczenia, sprawa może zrobić się droga.
W 2026 roku ogólna stawka składki w niemieckiej ustawowej kasie chorych wynosi 14,6 procent, do tego dochodzi średni Zusatzbeitrag 2,9 procent. Maksymalna miesięczna podstawa do składek to 5.812,50 euro. Do tego może dojść ubezpieczenie pielęgnacyjne.
Więc nie, nie każda Żyrafa od razu dostanie rachunek jak za złoty wodopój.
Ale tak, sprawy z IKK nie zostawia się „na potem”.
„Potem” to w administracji bardzo kosztowna pora roku.
 
Meldunek na adres klienta.
W historii pojawił się jeszcze jeden ogon: meldunek.
Żyrafa dowiedziała się, że podobno została zameldowana na adres klienta, ale  tam nikt o niczym nie wiedział.
Na scenę wszedł Meldunek. Był mały, sztywny i pachniał formularzem.
W Niemczech osoba mieszkająca zwykle za granicą, która przebywa w lokalu nie dłużej niż trzy miesiące, co do zasady nie podlega ogólnemu obowiązkowi meldunkowemu. Jeśli jednak od początku wiadomo, że pobyt będzie dłuższy, meldunek może być wymagany.
Ale meldunek nie bierze się z kapelusza Lisa.
Potrzebne jest realne zamieszkanie i potwierdzenie od osoby udostępniającej lokal, czyli Wohnungsgeberbestätigung. Jeżeli ktoś używa adresu klienta bez jasnej zgody i bez prawidłowej podstawy, to nie jest „techniczna sprawa”. To jest osobny problem.
Żyrafa nie jest paczką kurierską. Nie przypina się jej do adresu, bo w formularzu było puste pole.
Lis „załatwi”
Żyrafa wróciła do Lisa.
— Panie Lisie, kto mnie zgłosił do IKK?
— Formalności zostały dopełnione.
— Kiedy?
— W stosownym czasie.
— Na jakiej podstawie?
— Na właściwej.
— Czy mnie wyrejestrowano?
— Sprawa jest w toku.
— Czy mogę dostać dokumenty?
Tu Lis zrobił minę, jakby Żyrafa poprosiła go nie o dokumenty, lecz o oddanie rodowego srebra.
A tymczasem to jest proste. Jeżeli firma zgłosiła kogoś  do niemieckiego ubezpieczenia społecznego, powinna umieć pokazać dokumenty. Nie zapewnienie. Nie „proszę się nie martwić”. 
DOKUMENTY:
Żyrafa powinna zażądać od Lisa:
kopii zgłoszenia do niemieckiego ubezpieczenia społecznego,
kopii wyrejestrowania,
daty rozpoczęcia i zakończenia pracy,
informacji, kto był formalnym pracodawcą,
informacji, na jakiej podstawie zgłoszono ją do IKK,
potwierdzenia, czy składki były opłacane,
informacji, czy i kiedy wysłano Abmeldung.
Bo jeśli Lis umiał zgłosić, powinien też umieć wyjaśnić.
A jeśli nie umie, to znaczy, że w lesie nie ma porządku. Jest tylko lisia opowieść.
Co Żyrafa powinna zrobić?
Najpierw Żyrafa powinna przestać czekać, aż Lis „załatwi”.
Trzeba napisać bezpośrednio do IKK i poprosić o wyjaśnienie:
czy członkostwo trwa,
od kiedy trwa,
na jakiej podstawie zostało założone,
czy zostało zakończone,
jakie dokumenty są potrzebne do zamknięcia albo wyjaśnienia sprawy.
Do tego trzeba podać numer ubezpieczenia z karty, dane osobowe, datę zakończenia pracy, aktualny adres i dołączyć dowód innego ubezpieczenia, jeśli istnieje: NFZ, A1 albo inne zaświadczenie.
Równolegle trzeba pisać do Lisa, czyli firmy, i żądać dokumentów. Nie rozmowy telefonicznej. Nie obietnicy. Nie „oddzwonimy”.
Na piśmie.
Pełnomocnictwo, czyli nie oddawać pełnej kontroli nad kierownicą 
W dyskusjach często pojawia się też pełnomocnictwo.
Jedna Kura mówi:
— Nie dawaj, bo Lis będzie wiedział wszystko o twoich chorobach!
Druga Kura mówi:
— Daj, bo inaczej nic nie załatwisz!
A Wilk mówi spokojnie:
— Pełnomocnictwo może być szerokie albo ograniczone.
To jest ważne. Nie trzeba oddawać Lisowi prawa do całego życia, wszystkich danych, historii leczenia i dostępu do szuflady z receptami. Można upoważnić kogoś tylko do jednej konkretnej sprawy. Ale nie podpisuje się pełnomocnictwa, którego się nie rozumie.
Jeżeli dokument jest po niemiecku, trzeba go przetłumaczyć. Jeżeli zakres jest za szeroki, trzeba go zawęzić. Jeżeli ktoś mówi „proszę podpisać szybko”, trzeba odłożyć długopis.
Długopis to małe narzędzie. Potrafi jednak narobić dużych szkód.
Ramka praktyczna: zanim Wilk zacznie liczyć
1. Ustal, czy była niemiecka umowa, czy delegowanie z Polski.
Od tego zależy, gdzie powinno być ubezpieczenie i jakie dokumenty mają sens.
2. Sprawdź, kto zgłosił do IKK.
Nie zgaduj. Zażądaj dokumentów.
3. Poproś firmę o Abmeldung.
Jeżeli praca się skończyła, trzeba sprawdzić, czy zgłoszenie zostało zakończone.
4. Napisz bezpośrednio do IKK.
Kasa chorych musi wiedzieć, że chcesz wyjaśnić status członkostwa.
5. Sprawdź meldunek.
Jeżeli pojawia się adres klienta , trzeba ustalić, czy Anmeldung rzeczywiście istnieje i na jakiej podstawie.
6. Nie podpisuj pełnomocnictwa w ciemno.
Może być ograniczone do jednej sprawy. Nie musi być przepustką do całego życia.
7. Kury czytaj, ale papier zbieraj.
Facebook może pomóc znaleźć trop. Sprawę zamykają dokumenty.
Puenta
Ta bajka nie jest tylko o Żyrafie, Lisie, Wilku i Kurach.
Jest o tym, że w pracy za granicą człowiek nie może żyć na samym „będzie dobrze”. Bo „będzie dobrze” nie jest dokumentem. „Standard” nie jest podstawą prawną. „My to załatwimy” nie jest potwierdzeniem wyrejestrowania.
Żyrafa pojechała do pracy. Wróciła z kartą IKK i pytaniem, kto właściwie trzyma jej papiery.
A to pytanie trzeba zadać od razu.
Bo Wilk urzędnik nie zawsze gryzie.
Czasem tylko liczy.
I to wystarczy.
 
Źródła i punkty merytoryczne
W 2026 roku ogólny Beitragssatz w niemieckiej ustawowej kasie chorych wynosi 14,6 procent, średni Zusatzbeitrag 2,9 procent, a Beitragsbemessungsgrenze 5.812,50 euro miesięcznie.
Źródło: Bundesgesundheitsministerium, Beiträge der gesetzlichen Krankenversicherung.
Członkostwo osoby obowiązkowo ubezpieczonej jako pracownik kończy się z końcem dnia, w którym kończy się zatrudnienie za wynagrodzeniem.
Źródło: § 190 SGB V.
Osoba mieszkająca zwykle za granicą nie podlega ogólnemu obowiązkowi meldunkowemu w Niemczech, jeśli pobyt w lokalu nie przekracza trzech miesięcy.
Źródło: Bundesportal.
Przy meldunku potrzebne jest potwierdzenie od osoby udostępniającej mieszkanie, czyli Wohnungsgeberbestätigung.
Źródło: § 19 Bundesmeldegesetz.
Pełnomocnictwo może dotyczyć pojedynczych albo ogólnych zadań.
Źródło: IKK classic, informacje o pełnomocnictwie.
 
  • 149 wyświetleń
O delegowaniu, niedźwiedziu i dokumencie A1
 
Niedźwiedź przeczytał ogłoszenie:
„Potrzebujemy pracowników do pracy za granicą. Warunki europejskie. Wynagrodzenie atrakcyjne. Formalności po naszej stronie.”
— Zgłoszę się — powiedział Niedźwiedź, składając gazetę z powagą stworzenia, które jeszcze nie wie, że zaraz stanie się załącznikiem do formularza.
— Zawsze chciałem być pracownikiem europejskim.
— I delegowanym — dodał Lis, który stał obok i jadł jabłko cudze, ale zgodnie z procedurą.
— Delegowanym brzmi dobrze — ucieszył się Niedźwiedź. — Człowiek jedzie, pracuje, zarabia, wraca. Porządek.
— Właśnie porządek jest tu najbardziej podejrzany — zauważył Lis.
Po drodze Niedźwiedź snuł wielkie plany.
— Będę pracował za granicą. Ta sama praca, ta sama płaca. Tak teraz mówią.
— Mówią różne rzeczy — odparł Lis. — Na przykład „atrakcyjne wynagrodzenie”, a potem okazuje się, że atrakcyjna była głównie podróż.
Przyjęto ich w biurze.
Biuro stało w baraku.
Barak stał przy granicy.
Granica stała tam od dawna i patrzyła na wszystkich z miną urzędnika, który już wszystko widział.
Za biurkiem siedział Dyrektor Delegacji Zagranicznych. Miał pieczątkę, segregator i spojrzenie człowieka, który potrafił wysłać kogoś do pracy, zanim sam zrozumiał, dokąd.
— Bardzo mi miło, że pan się zgłasza — powiedział. — Można poznać godność?
— Pracownik europejski — przedstawił się Niedźwiedź krótko.
— Pracownik? — zdziwił się Dyrektor. — Czy jest pan tego pewny?
— Ewentualnie specjalista.
— No dobrze. A zgodziłby się pan być delegowany?
— Jeśli trzeba.
— Trzeba zawsze. To jest bardzo wygodne zwierzę administracyjne. Pracuje za granicą, ale na papierze stoi jedną łapą w kraju macierzystym.
— A drugą?
— Drugiej łapy nie rozliczamy.
Lis chrząknął.
— A wynagrodzenie?
Dyrektor spojrzał na Lisa z przykrością, jakby ten właśnie wniósł do biura żywe prawo pracy.
— Wynagrodzenie oczywiście atrakcyjne. Część zasadnicza, część dodatkowa, część dietetyczna, część duchowa i część, której lepiej nie drażnić.
— A składki? — zapytał Lis.
Dyrektor westchnął.
— Pan jest trudny.
— Nie. Ja tylko słyszę, kiedy papier zaczyna warczeć.
Niedźwiedź poczuł się nieswojo.
— Ale teraz podobno mają być nowe przepisy. Zgłoszenie przed wyjazdem, A1 szybciej, równe warunki od pierwszego dnia…
Dyrektor pobladł.
— Kto panu takich rzeczy naopowiadał?
— Unia.
— Aha — powiedział Dyrektor i spojrzał w okno. — Ona czasem tak ma. Najpierw nic, nic, a potem nagle przypomina sobie, że człowiek nie jest dodatkiem do delegacji.
Z szafy wyszedł Urzędnik Kontrolny.
Nikt go wcześniej nie widział, ale wszyscy mieli wrażenie, że od dawna tam siedział.
— Proszę kontynuować — powiedział Urzędnik. — Ja tylko sprawdzam, czy pracownik delegowany ma mieć warunki jak lokalny.
— Ma — powiedział Niedźwiedź.
— Teoretycznie — poprawił Dyrektor.
— Praktycznie — powiedział Urzędnik.
W biurze zrobiło się cicho. Tylko pieczątka drżała na stole, jakby przeczuwała koniec epoki.
— Czyli — zapytał Niedźwiedź — jeśli jadę do pracy za granicę, to mam mieć wynagrodzenie i dodatki zgodne z miejscowymi zasadami?
— Od pierwszego dnia — powiedział Urzędnik.
— A nie od czwartego miesiąca, po trzecim aneksie i drugim telefonie do księgowej?
— Od pierwszego.
Dyrektor złapał się za serce.
— Panowie, litości. W ten sposób cała poezja delegowania upadnie.
— Poezja? — zdziwił się Lis.
— Tak. Dotąd wszystko miało lekkość. Pracownik był tu, pracował tam, pieniądze szły bokiem, składki szły skromnie, a papier fruwał nad tym wszystkim jak gołąb pokoju.
— Raczej kura bez głowy — mruknął Lis.
Niedźwiedź wyprostował się dumnie.
— Ja się zgadzam na pracę. Ale nie zgadzam się udawać, że jestem tańszym gatunkiem pracownika tylko dlatego, że przekroczyłem granicę.
Dyrektor spojrzał na niego z wyrzutem.
— Pan ma za wysokie oczekiwania jak na niedźwiedzia.
— Ja dla pana przyjemności nie będę udawał pluszaka — obraził się Niedźwiedź.
Urzędnik odnotował coś w notesie.
— Bardzo dobrze. A pan, Dyrektorze, proszę przygotować zgłoszenie przed wyjazdem, dokumenty A1 i rozliczenie według prawa kraju przyjmującego.
— A jeśli nie przygotuję?
— Wtedy przyjdziemy jeszcze raz.
— Z kontrolą?
— Nie. Z rzeczywistością.
I to dopiero Dyrektora przestraszyło naprawdę. Bo kontrolę można było czasem zagadać, opóźnić, zgubić w segregatorze. Ale rzeczywistość miała tę okropną właściwość, że przychodziła bez zapowiedzi i siadała człowiekowi na fakturze.
Niedźwiedź wyszedł z biura jako pracownik.
Lis za nim jako świadek.
A Dyrektor został przy biurku i długo patrzył na pieczątkę. W końcu powiedział do niej cicho:
— Dawniej to były czasy. Człowiek wysyłał ludzi za granicę i nikt nie pytał, czy wracają z pensją, składką, czy tylko z doświadczeniem.
Pieczątka milczała.
Widocznie też już wiedziała, że idą nowe przepisy.
Redakcja
 
← Poprzedni artykuł Sachbezugwerte czyli o sprawie kotleta, który urósł do rangi paragrafu Następny artykuł → Żyrafa, Wilk i karta IKK. O pracy, papierach i niemieckiej kasie chorych.
  • 227 wyświetleń
Dotarło do nas wołanie użytkowniczki, która, przebywając na terenie Republiki Federalnej Niemiec, podniosła alarm natury żywieniowo-prawnej.
Otóż użytkowniczka oznajmiła, iż nie dojada. Nie jest to jeszcze zjawisko niezwykłe, albowiem niejeden człowiek po tygodniu z niemiecką kuchnią zaczyna tęsknić nawet za stołówką PKP. Problem jednak urósł, gdy zainteresowana odkryła tabelę Sachbezugswerte i uznała ją za dokument niemal konstytucyjny.
Zdaniem użytkowniczki, skoro w tabeli stoi określona kwota na wyżywienie, tyle właśnie powinno zostać jej wręczone w gotówce bądź podane na talerzu, najlepiej z surówką.
Tu należy wprowadzić porządek, zanim ktoś zacznie mierzyć kotlety suwmiarką.
Sachbezugswerte nie są świętym cennikiem obiadu , kolacji a nawet śniadania.  Są urzędową wartością rozliczeniową świadczeń w naturze, używaną do celów podatkowych i składkowych. To nie jest menu degustacyjne gwarantowane przez państwo niemieckie.
Innymi słowy: nie każda zupa ma swoją podstawę prawną.
Zalecamy zatem nie zbierać wiedzy od osób nadmiernie podekscytowanych internetem, lecz przed wyjazdem ustalić z  firmą delegującą warunki zakwaterowania oraz wyżywienia. Lepiej zapytać przed wyjazdem niż kwiczeć w eter po przyjeździe.
Pozdrawiamy serdecznie i życzymy wszystkim mniej mitów, a więcej konkretu.
Redakcja
  • 241 wyświetleń
Czym jest praca tymczasowa w Niemczech – i kogo dotyczy
Praca tymczasowa w Niemczech bardzo często bywa mylona z pracą „na gorszych zasadach”.
To błąd, który robi więcej szkody niż pożytku.
W niemieckim systemie tymczasowość nie dotyczy rodzaju umowy, lecz czasu trwania zatrudnienia.
Można pracować tymczasowo i jednocześnie być zatrudnionym na umowę o pracę, z pełną ochroną pracowniczą.
I dokładnie tak funkcjonuje to w wielu branżach.
Praca tymczasowa jako normalny element rynku pracy
Agencje pracy tymczasowej w Niemczech rekrutują m.in.:
sprzątaczki i personel porządkowy,
pracowników produkcji,
operatorów wózków widłowych,
pracowników magazynowych,
pracowników budowlanych.
Są to często wyjazdy:
na kilka tygodni,
na kilka miesięcy,
do konkretnego projektu lub zlecenia.
Mimo ograniczonego czasu trwania pracy, osoby te bardzo często otrzymują umowę o pracę:
z określonym czasem pracy,
z odprowadzanymi składkami,
z prawem do urlopu,
z ochroną wynikającą z prawa pracy.
Tymczasowość nie pozbawia ich statusu pracownika.
Co w Niemczech oznacza „tymczasowe zatrudnienie”
W praktyce oznacza to tyle, że:
pracownik jest zatrudniony przez agencję,
agencja deleguje go do konkretnego pracodawcy,
po zakończeniu projektu umowa może wygasnąć lub zostać przedłużona.
Kluczowe jest jedno:
tymczasowość dotyczy relacji biznesowej między firmami, a nie pozycji pracownika.
To dlatego sprzątaczka czy operator wózka widłowego może pracować:
krótko,
rotacyjnie,
w różnych miejscach,
a mimo to pozostaje pracownikiem w pełnym znaczeniu tego słowa.
Gdzie w tym wszystkim jest opieka?
Na tym tle praca opiekunek i pomocy domowych zaczyna się wyraźnie wyróżniać.
Choć również:
jest pracą tymczasową,
często wykonywaną na określony czas,
realizowaną przez agencje pośredniczące,
to bardzo często opiera się na umowie zlecenie, a nie na umowie o pracę.
Dlaczego to rozróżnienie jest tak ważne
Jeśli przyjmiemy, że:
praca tymczasowa ≠ brak etatu,
to pytanie nie brzmi już:
ale:
Na to pytanie kolejne części artykułu będą próbowały odpowiedzieć.
Praca tymczasowa na etacie: sprzątaczki, budowlańcy, operatorzy
Jeśli spojrzeć na niemiecki rynek pracy bez emocji i bez skrótów myślowych, jedno widać wyraźnie:
praca tymczasowa bardzo często idzie w parze z umową o pracę.
Dotyczy to zawodów, które:
nie wymagają wysokich kwalifikacji akademickich,
są wykonywane fizycznie,
bywają obciążające,
są potrzebne „na już” i często tylko na określony czas.
A mimo to ich wykonawcy są traktowani jak pracownicy.
Etat nie jest nagrodą za prestiż zawodu
Sprzątaczka pracująca w hali produkcyjnej,
operator wózka widłowego w magazynie,
pracownik budowlany na kontrakcie sezonowym
— wszyscy oni bardzo często otrzymują umowę o pracę, nawet jeśli:
pracują tylko kilka tygodni,
są delegowani przez agencję,
zmieniają miejsce pracy co kilka miesięcy.
W tym modelu etat nie jest nagrodą za prestiż zawodu,
ale narzędziem porządkowania odpowiedzialności.
Pracownik:
wie, kiedy pracuje,
wie, za co odpowiada,
wie, kto jest jego pracodawcą.
Agencja:
bierze na siebie obowiązki pracodawcy,
odpowiada za składki i formalności,
ponosi ryzyko związane z zatrudnieniem.
Tymczasowość jako element organizacyjny, nie prawny
W tych zawodach tymczasowość oznacza przede wszystkim:
projekt,
sezon,
zlecenie czasowe,
zwiększone zapotrzebowanie.
Nie oznacza natomiast:
obniżenia standardów zatrudnienia,
przerzucenia ryzyka na pracownika,
rezygnacji z ochrony prawa pracy.
To kluczowa różnica.
System zakłada, że:
Dlaczego ten model działa
Ten sposób zatrudniania sprawdza się, ponieważ:
jasno rozdziela role,
ogranicza pole do nadużyć,
upraszcza odpowiedzialność prawną,
ułatwia kontrolę ze strony instytucji.
Państwo:
wie, kogo kontrolować,
wie, kto odpowiada za warunki pracy,
nie musi domyślać się, „kto tu komu co świadczy”.
To model przewidywalny — i właśnie dlatego powszechny.
Kontrast, który trudno zignorować
Na tym tle sytuacja opiekunek i pomocy domowych zaczyna wyglądać nietypowo.
Bo:
praca również jest tymczasowa,
wykonywana często przez agencje,
w systemie delegowania,
a mimo to:
rzadko opiera się na umowie o pracę,
częściej jest kwalifikowana jako „usługa”,
przenosi większą część ryzyka na wykonawcę.
I to właśnie ten kontrast —
między etatową tymczasowością w innych zawodach
a zleceniową tymczasowością w opiece —
wymaga osobnego omówienia.
 
Opiekunki i pomoce domowe – ten sam model pracy, inna umowa
Na poziomie organizacyjnym praca opiekunek i pomocy domowych nie różni się zasadniczo od innych form pracy tymczasowej w Niemczech.
Również tutaj mamy:
pośrednictwo agencji,
delegowanie do konkretnego miejsca pracy,
pracę na określony czas,
zastępstwa i rotacje,
jasno określone oczekiwania ze strony „odbiorcy pracy”.
A mimo to status prawny tej pracy został ujęty inaczej.
Gdzie zaczyna się rozjazd między teorią a praktyką
W teorii opiekunka:
świadczy usługę,
działa samodzielnie,
zachowuje pewną niezależność,
nie jest podporządkowana jak pracownik.
W praktyce jednak:
wykonuje pracę według ustalonego schematu dnia,
funkcjonuje w rytmie potrzeb jednej osoby lub rodziny,
jest zobowiązana do obecności,
nie ma realnego wpływu na organizację pracy.
To nie jest relacja „klient – usługodawca” w klasycznym rozumieniu.
To relacja stałej dyspozycyjności.
Umowa zlecenie jako narzędzie systemowe
W tym miejscu pojawia się kluczowe pytanie:
dlaczego w opiece zastosowano umowę zlecenie?
Odpowiedź nie leży w charakterze pracy,
lecz w wygodzie systemu.
Umowa zlecenie:
pozwala ominąć sztywne normy czasu pracy,
rozmywa pojęcie dyżuru,
przenosi część odpowiedzialności na wykonawcę,
upraszcza formalności po stronie agencji i rodzin.
W skrócie:
Gospodarstwo domowe jako strefa wyjątkowa
Opieka domowa odbywa się w przestrzeni,
która od zawsze była słabo uregulowana prawnie.
Dom prywatny:
nie jest zakładem pracy,
nie podlega regularnym kontrolom,
opiera się na zaufaniu i „dogadywaniu się”.
To sprawia, że:
trudniej egzekwować normy czasu pracy,
trudniej rozdzielić pracę od obecności,
łatwiej zaakceptować rozwiązania „pośrednie”.
Umowa zlecenie idealnie wpasowała się w tę lukę.
Dlaczego ten wyjątek został zaakceptowany
Nie dlatego, że:
opiekunki nie zasługują na etat,
ich praca jest mniej warta,
system tego „nie zauważył”.
Ale dlatego, że:
zapotrzebowanie na opiekę domową jest ogromne,
państwo nie było gotowe na pełne przejęcie odpowiedzialności,
alternatywą byłby drastyczny wzrost kosztów opieki,
a w konsekwencji – brak dostępności tej formy wsparcia.
System wybrał rozwiązanie niedoskonałe, ale wykonalne.
Cena tego kompromisu
Każdy kompromis ma swoją cenę.
W tym przypadku zapłaciły ją:
osoby wykonujące pracę,
poprzez niejasny czas pracy,
nieostry zakres odpowiedzialności,
i konieczność „dopasowania się” do sytuacji.
To nie jest zarzut wobec pojedynczych agencji czy rodzin.
To konsekwencja przyjętego modelu.
Punkt, w którym analiza przestaje być teoretyczna
Jeśli przyjrzymy się temu bez emocji, widać jasno:
w innych zawodach tymczasowych etat porządkuje relacje,
w opiece zlecenie maskuje problem organizacyjny,
a nie go rozwiązuje.
I właśnie dlatego praca opiekunek tak często balansuje
na granicy między pracą a nieustanną dostępności
Dlaczego Niemcy utrzymały ten model mimo krytyki
Krytyka modelu opartego na umowach zlecenie w opiece domowej nie jest nowa.
Pojawia się od lat w debatach publicznych, raportach, a także w orzeczeniach sądowych i analizach eksperckich.
A mimo to model nie został systemowo zastąpiony etatem.
To nie jest przypadek ani przeoczenie.
Starzejące się społeczeństwo jako punkt wyjścia
Niemcy są jednym z najszybciej starzejących się społeczeństw w Europie.
To oznacza:
rosnącą liczbę osób wymagających opieki,
niewystarczającą liczbę miejsc w instytucjach,
ogromną presję na opiekę domową jako „tańszą alternatywę”.
Opieka domowa przestała być dodatkiem do systemu.
Stała się jego nieformalnym filarem.
Etat w opiece domowej – koszt, którego system nie chciał ponieść
Wprowadzenie powszechnego etatu w opiece domowej oznaczałoby:
ścisłe normy czasu pracy,
realne dyżury i odpoczynek,
wyższe składki,
wyższe koszty po stronie rodzin i państwa.
Krótko mówiąc:
Na to zabrakło gotowości – finansowej i organizacyjnej.
Umowa zlecenie jako zawór bezpieczeństwa
Z perspektywy systemowej umowa zlecenie spełniała kilka kluczowych funkcji:
pozwalała utrzymać dostępność opieki,
obniżała koszty,
dawała elastyczność,
przesuwała ciężar organizacyjny na wykonawcę pracy.
Nie była rozwiązaniem idealnym.
Była rozwiązaniem wystarczającym, by system się nie załamał.
Dlaczego nie było łatwej alternatywy
Alternatywa istniała tylko na papierze.
Pełne przejście na etaty oznaczałoby:
konieczność przebudowy całego modelu opieki domowej,
masowe kontrole w prywatnych gospodarstwach,
jasne określenie, kto odpowiada za dyżury nocne,
i przyjęcie, że opieka domowa nie jest tania.
To byłby politycznie i społecznie trudny krok.
Milcząca zgoda na rozwiązanie „pośrednie”
W efekcie powstał model, który:
jest krytykowany,
jest znany,
ale nadal funkcjonuje.
Nie dlatego, że jest najlepszy.
Dlatego, że brakuje odwagi na pełną zmianę.
System wybrał:
Co to mówi o całym systemie
Ten wybór pokazuje coś ważniejszego niż same umowy.
Pokazuje, że:
opieka domowa została uznana za „konieczność”,
ale nie za obszar, który trzeba w pełni uporządkować,
a osoby ją wykonujące stały się elementem równania kosztów
Co ten wyjątek oznacza w praktyce dla opiekunek
Systemowe decyzje zawsze mają bardzo konkretne skutki na poziomie codziennej pracy.
W przypadku opiekunek i pomocy domowych te skutki są szczególnie odczuwalne, bo dotyczą rzeczy podstawowych: czasu, odpowiedzialności i granic.
Czas pracy, który trudno nazwać pracą
W modelu opartym na umowie zlecenie czas pracy:
rzadko jest liczony godzinowo,
często bywa opisany ogólnikowo,
łatwo rozmywa się w „dostępność”.
W praktyce oznacza to, że:
dzień pracy nie ma wyraźnego początku ani końca,
noc nie zawsze jest odpoczynkiem,
granica między „pomocą” a pracą bywa płynna.
To nie dlatego, że ktoś działa w złej wierze.
To dlatego, że umowa nie narzuca jasnych ram.
Odpowiedzialność bez jasnych granic
W klasycznym stosunku pracy:
odpowiedzialność pracownika jest określona,
zakres obowiązków ma swoje granice,
ryzyko jest podzielone.
W opiece domowej na zleceniu:
zakres obowiązków bywa rozszerzany „w trakcie”,
odpowiedzialność jest często domniemana,
trudniej powiedzieć, czego „nie trzeba” robić.
Im mniej precyzyjna umowa,
tym więcej zależy od interpretacji i relacji międzyludzkich.
Brak ochrony jako element codzienności
Umowa zlecenie nie daje automatycznej ochrony:
w razie choroby,
w razie wypadku,
w sytuacjach spornych.
To sprawia, że wiele opiekunek:
pracuje mimo złego stanu zdrowia,
unika konfliktów kosztem siebie,
godzi się na rozwiązania „tymczasowe”, które trwają latami.
Nie dlatego, że nie znają swoich praw.
Dlatego, że system nie daje im stabilnego punktu oparcia.
Tymczasowość, która przestaje być tymczasowa
Jednym z największych paradoksów tego modelu jest to, że:
praca miała być na chwilę,
wyjazd miał być przejściowy,
rozwiązanie miało być doraźne.
Tymczasem dla wielu osób:
staje się to wieloletnim trybem życia,
bez zmiany statusu,
bez realnego awansu ochrony prawnej.
Tymczasowość zamienia się w stan trwały,
a system nie oferuje ścieżki wyjścia.
Dlaczego ta analiza nie kończy się na Niemczech
Opisany model nie funkcjonuje w próżni.
Jest często kopiowany, przenoszony i adaptowany do innych krajów — z różnym skutkiem.
I właśnie tutaj pojawia się zasadnicza różnica.
Nie wszystkie systemy:
akceptują opiekę domową jako „usługę”,
tolerują rozmyty czas pracy,
zgadzają się na przenoszenie ryzyka na wykonawcę.
Przykładem jest Szwajcaria, gdzie opieka domowa została wpisana w ramy klasycznego zatrudnienia.
Co dalej
Ten artykuł nie miał na celu odpowiedzieć na pytanie,
czy model niemiecki jest „dobry” lub „zły”.
Jego celem było pokazanie:
że zastosowane rozwiązania są świadomym wyborem systemowym,
że praca opiekunek została potraktowana inaczej niż inne prace tymczasowe,
i że ta różnica ma realne konsekwencje.
W kolejnym odcinku przyjrzymy się temu,
jak wygląda opieka domowa tam, gdzie etat jest punktem wyjścia, a nie wyjątkiem. Będzie mowa o Szwajcarii.
 
 
  • 606 wyświetleń
.          Dlaczego to piszę? 
---------------------------------------------------------------------------------------------------
Przede wszystkim dlatego , że praca na jasnych zasadach nie musi pozostawać tylko w sferze marzeń . Normalna praca to nie przywilej dla wybranych, a bywa , ze nie można po nią sięgnąc z powodu przyzwycxajeń do pewnych schematów. 
Jaśniej - widziałam osoby , które w Niemczech radziły sobie dobrze a w Szwajcarii nie popracowały długo. 
Powód? Przeniosły niemieckie schematy do szwajcarskich realiów , w których wcześnej się nie rozeznały, a to nie mogło się dobrze skończyć.  Podatek od świętego spokoju okazał się zbyt wysoki. 
I to cierpliwy czytelniku już koniec przedmowy , a w odcinku pierwszym obnażę zasady gry w obu krajach i dlaczego w Niemczech  gra toczy się na granicy legalności .
Bis bald! 
 
          
  • Grafika:
  • 193 wyświetleń

Holandia

nowe teksty, stare komplikacje

Społecznie pod lupą

nowe teksty, stare komplikacje

Z oddali dochodzą głosy. Jedni pytają o umowę, drudzy o kotleta, trzeci o sens życia w systemie delegowania. Odpowiadamy wedle sił i przepisów.

Sprawdzone w praktyce. Testy i recenzje.

Tresci i formaty autorskie! Inspiruj się uczciwie - podaj żródło!

Polacynasaksach 2025 Facebook Treści i formaty autorskie. Inspiruj się uczciwie: podaj źródło.

Account

Navigation

Szukaj

Szukaj

Configure browser push notifications

Chrome (Android)
  1. Tap the lock icon next to the address bar.
  2. Tap Permissions → Notifications.
  3. Adjust your preference.
Chrome (Desktop)
  1. Click the padlock icon in the address bar.
  2. Select Site settings.
  3. Find Notifications and adjust your preference.