Skocz do zawartości
View in the app

A better way to browse. Learn more.

Polacynasaksach

A full-screen app on your home screen with push notifications, badges and more.

To install this app on iOS and iPadOS
  1. Tap the Share icon in Safari
  2. Scroll the menu and tap Add to Home Screen.
  3. Tap Add in the top-right corner.
To install this app on Android
  1. Tap the 3-dot menu (⋮) in the top-right corner of the browser.
  2. Tap Add to Home screen or Install app.
  3. Confirm by tapping Install.

Życie, praca i inne komplikacje

Praca, przepisy, historia, codzienność i sprawy społeczne. Bez dekoracji, za to z uwagą- ponieważ emigracja rzadko mieści się w jednej rubryce, a życie jeszcze rzadziej.
O delegowaniu, niedźwiedziu i dokumencie A1
 
Niedźwiedź przeczytał ogłoszenie:
„Potrzebujemy pracowników do pracy za granicą. Warunki europejskie. Wynagrodzenie atrakcyjne. Formalności po naszej stronie.”
— Zgłoszę się — powiedział Niedźwiedź, składając gazetę z powagą stworzenia, które jeszcze nie wie, że zaraz stanie się załącznikiem do formularza.
— Zawsze chciałem być pracownikiem europejskim.
— I delegowanym — dodał Lis, który stał obok i jadł jabłko cudze, ale zgodnie z procedurą.
— Delegowanym brzmi dobrze — ucieszył się Niedźwiedź. — Człowiek jedzie, pracuje, zarabia, wraca. Porządek.
— Właśnie porządek jest tu najbardziej podejrzany — zauważył Lis.
Po drodze Niedźwiedź snuł wielkie plany.
— Będę pracował za granicą. Ta sama praca, ta sama płaca. Tak teraz mówią.
— Mówią różne rzeczy — odparł Lis. — Na przykład „atrakcyjne wynagrodzenie”, a potem okazuje się, że atrakcyjna była głównie podróż.
Przyjęto ich w biurze.
Biuro stało w baraku.
Barak stał przy granicy.
Granica stała tam od dawna i patrzyła na wszystkich z miną urzędnika, który już wszystko widział.
Za biurkiem siedział Dyrektor Delegacji Zagranicznych. Miał pieczątkę, segregator i spojrzenie człowieka, który potrafił wysłać kogoś do pracy, zanim sam zrozumiał, dokąd.
— Bardzo mi miło, że pan się zgłasza — powiedział. — Można poznać godność?
— Pracownik europejski — przedstawił się Niedźwiedź krótko.
— Pracownik? — zdziwił się Dyrektor. — Czy jest pan tego pewny?
— Ewentualnie specjalista.
— No dobrze. A zgodziłby się pan być delegowany?
— Jeśli trzeba.
— Trzeba zawsze. To jest bardzo wygodne zwierzę administracyjne. Pracuje za granicą, ale na papierze stoi jedną łapą w kraju macierzystym.
— A drugą?
— Drugiej łapy nie rozliczamy.
Lis chrząknął.
— A wynagrodzenie?
Dyrektor spojrzał na Lisa z przykrością, jakby ten właśnie wniósł do biura żywe prawo pracy.
— Wynagrodzenie oczywiście atrakcyjne. Część zasadnicza, część dodatkowa, część dietetyczna, część duchowa i część, której lepiej nie drażnić.
— A składki? — zapytał Lis.
Dyrektor westchnął.
— Pan jest trudny.
— Nie. Ja tylko słyszę, kiedy papier zaczyna warczeć.
Niedźwiedź poczuł się nieswojo.
— Ale teraz podobno mają być nowe przepisy. Zgłoszenie przed wyjazdem, A1 szybciej, równe warunki od pierwszego dnia…
Dyrektor pobladł.
— Kto panu takich rzeczy naopowiadał?
— Unia.
— Aha — powiedział Dyrektor i spojrzał w okno. — Ona czasem tak ma. Najpierw nic, nic, a potem nagle przypomina sobie, że człowiek nie jest dodatkiem do delegacji.
Z szafy wyszedł Urzędnik Kontrolny.
Nikt go wcześniej nie widział, ale wszyscy mieli wrażenie, że od dawna tam siedział.
— Proszę kontynuować — powiedział Urzędnik. — Ja tylko sprawdzam, czy pracownik delegowany ma mieć warunki jak lokalny.
— Ma — powiedział Niedźwiedź.
— Teoretycznie — poprawił Dyrektor.
— Praktycznie — powiedział Urzędnik.
W biurze zrobiło się cicho. Tylko pieczątka drżała na stole, jakby przeczuwała koniec epoki.
— Czyli — zapytał Niedźwiedź — jeśli jadę do pracy za granicę, to mam mieć wynagrodzenie i dodatki zgodne z miejscowymi zasadami?
— Od pierwszego dnia — powiedział Urzędnik.
— A nie od czwartego miesiąca, po trzecim aneksie i drugim telefonie do księgowej?
— Od pierwszego.
Dyrektor złapał się za serce.
— Panowie, litości. W ten sposób cała poezja delegowania upadnie.
— Poezja? — zdziwił się Lis.
— Tak. Dotąd wszystko miało lekkość. Pracownik był tu, pracował tam, pieniądze szły bokiem, składki szły skromnie, a papier fruwał nad tym wszystkim jak gołąb pokoju.
— Raczej kura bez głowy — mruknął Lis.
Niedźwiedź wyprostował się dumnie.
— Ja się zgadzam na pracę. Ale nie zgadzam się udawać, że jestem tańszym gatunkiem pracownika tylko dlatego, że przekroczyłem granicę.
Dyrektor spojrzał na niego z wyrzutem.
— Pan ma za wysokie oczekiwania jak na niedźwiedzia.
— Ja dla pana przyjemności nie będę udawał pluszaka — obraził się Niedźwiedź.
Urzędnik odnotował coś w notesie.
— Bardzo dobrze. A pan, Dyrektorze, proszę przygotować zgłoszenie przed wyjazdem, dokumenty A1 i rozliczenie według prawa kraju przyjmującego.
— A jeśli nie przygotuję?
— Wtedy przyjdziemy jeszcze raz.
— Z kontrolą?
— Nie. Z rzeczywistością.
I to dopiero Dyrektora przestraszyło naprawdę. Bo kontrolę można było czasem zagadać, opóźnić, zgubić w segregatorze. Ale rzeczywistość miała tę okropną właściwość, że przychodziła bez zapowiedzi i siadała człowiekowi na fakturze.
Niedźwiedź wyszedł z biura jako pracownik.
Lis za nim jako świadek.
A Dyrektor został przy biurku i długo patrzył na pieczątkę. W końcu powiedział do niej cicho:
— Dawniej to były czasy. Człowiek wysyłał ludzi za granicę i nikt nie pytał, czy wracają z pensją, składką, czy tylko z doświadczeniem.
Pieczątka milczała.
Widocznie też już wiedziała, że idą nowe przepisy.
Redakcja
 
← Poprzedni artykuł Sachbezugwerte czyli o sprawie kotleta, który urósł do rangi paragrafu Następny artykuł → Żyrafa, Wilk i karta IKK. O pracy, papierach i niemieckiej kasie chorych.
Biedronka
Biedronka
Dotarło do nas wołanie użytkowniczki, która, przebywając na terenie Republiki Federalnej Niemiec, podniosła alarm natury żywieniowo-prawnej.
Otóż użytkowniczka oznajmiła, iż nie dojada. Nie jest to jeszcze zjawisko niezwykłe, albowiem niejeden człowiek po tygodniu z niemiecką kuchnią zaczyna tęsknić nawet za stołówką PKP. Problem jednak urósł, gdy zainteresowana odkryła tabelę Sachbezugswerte i uznała ją za dokument niemal konstytucyjny.
Zdaniem użytkowniczki, skoro w tabeli stoi określona kwota na wyżywienie, tyle właśnie powinno zostać jej wręczone w gotówce bądź podane na talerzu, najlepiej z surówką.
Tu należy wprowadzić porządek, zanim ktoś zacznie mierzyć kotlety suwmiarką.
Sachbezugswerte nie są świętym cennikiem obiadu , kolacji a nawet śniadania.  Są urzędową wartością rozliczeniową świadczeń w naturze, używaną do celów podatkowych i składkowych. To nie jest menu degustacyjne gwarantowane przez państwo niemieckie.
Innymi słowy: nie każda zupa ma swoją podstawę prawną.
Zalecamy zatem nie zbierać wiedzy od osób nadmiernie podekscytowanych internetem, lecz przed wyjazdem ustalić z  firmą delegującą warunki zakwaterowania oraz wyżywienia. Lepiej zapytać przed wyjazdem niż kwiczeć w eter po przyjeździe.
Pozdrawiamy serdecznie i życzymy wszystkim mniej mitów, a więcej konkretu.
Redakcja
Biedronka
Biedronka
Rzecz o ludziach, którzy odchodzą codziennie, lecz wyłącznie w rozmowach
"Jestem starym obserwatorem spraw zawodowych i widziałem w swoim życiu wiele stanowisk przykrych, wiele etatów jałowych, wiele posad, od których człowiekowi cierpnie dusza, ale żeby aż tak — tego nie widuje się co dzień.
Mam na myśli szczególny gatunek pracownika, nader rozpowszechniony, choć wciąż słabo opisany. Jest to osobnik, który od lat pozostaje w tym samym miejscu pracy, a zarazem od lat wygłasza o tym miejscu rzeczy tak straszne, że gdyby choć połowa z nich była prawdą, inspekcja, sanepid, prokuratura i biskup powinni wkroczyć równocześnie.
— Tu się nie da pracować — mówi on.
— To czemu pan pracuje? — pytam nieostrożnie.
— Bo się nie da nie pracować — odpowiada z godnością.
I tu właśnie zaczyna się zagadnienie.
 Człowiek ten codziennie oświadcza, że ma dość. Że atmosfera jest niemożliwa. Że kierownictwo nieudolne. Że współpracownicy męczący. Że organizacja przypomina połączenie cyrku z oblężeniem twierdzy. Że wszystko stoi na głowie, a jeśli nie stoi, to tylko dlatego, że już dawno leży.
A jednak następnego dnia zjawia się punktualnie. Czasem nawet przed czasem. Siada, wzdycha i pracuje.
Na pierwszy rzut oka wygląda to na sprzeczność. Na drugi także. Dopiero trzeci rzut, wykonywany zwykle po czterdziestce, pięćdziesiątce albo po pierwszym poważnym kredycie, pozwala zrozumieć, że nie jest to żadna sprzeczność, lecz klasyczny układ między losem a portfelem.
O porannym obrządku narzekania
W każdej poważnej instytucji istnieją obrzędy. Jedni mają zmianę warty, drudzy podniesienie flagi, trzeci odprawę. W zwykłych miejscach pracy istnieje zaś ceremonia bardziej praktyczna: poranne narzekanie zbiorowe.
Odbywa się ono przeważnie przy ekspresie, czajniku albo w przejściu, gdzie teoretycznie nie wolno stać, ale gdzie stoją wszyscy. Rzecz przebiega według ustalonego porządku.
— Jak tam? — pyta pierwszy.
— Jak ma być? — odpowiada drugi. — Dramat.
— U nas też.
— U nas gorzej.
— U nas już nawet gorzej nie jest. U nas jest systemowo.
Po czym wszyscy kiwają głowami z uznaniem, że oto padła diagnoza głęboka.
Narzekanie spełnia tu funkcję nie tylko uczuciową, ale i społeczną. Jednoczy. Urealnia dzień. Pozwala rozpoznać swoich. Kto nie narzeka, ten budzi niepokój.
— A pan czemu nic nie mówi?
— Bo nie jest najgorzej.
— Aha — odpowiadają z chłodem. — Czyli pan z kierownictwa.
W ten sposób tworzy się wspólnota ludzi rozczarowanych, których łączy poczucie krzywdy oraz termin wypłaty.
Nie każdy może odejść ot tak, jak wychodzi się po bułki
Ludzie młodzi, giętcy i pełni rekrutacyjnej fantazji powiadają czasem:
„Jak ci źle, zmień pracę”.
Jest to rada piękna, podobna do zdania:
„Jak ci zimno, kup sobie pałac na Lazurowym Wybrzeżu”.
Człowiek po pięćdziesiątce nie zmienia życia jednym kliknięciem. Ma przeważnie rodzinę, zobowiązania, zdrowie już mniej entuzjastyczne niż dawniej oraz jasne zrozumienie, że rynek pracy owszem, szanuje doświadczenie — ale najchętniej w przemówieniach okolicznościowych.
W praktyce zaś doświadczenie bywa mile widziane pod warunkiem, że ma trzydzieści dwa lata, zna pięć systemów, dwa języki i potrafi się cieszyć z owocowych czwartków.
Nie każdy więc zostaje z wygody. Niejeden zostaje z konieczności, która nie wygląda efektownie, ale za to płaci rachunki. Człowiek taki wie, że jego praca jest męcząca, lecz wie też, że brak pracy jest jeszcze bardziej twórczy — głównie w dziedzinie bezsenności.
O tych, którym praca szkodzi, ale pensja wzmacnia
Nie byłbym jednak uczciwy, gdybym przemilczał drugi typ przypadków. Są bowiem i tacy, którzy narzekają z temperamentem tragicznym, ale pozostają z rachunkiem bardzo przytomnym.
— Nie wytrzymam tu ani dnia dłużej — oznajmia taki jeden.
— To proszę jutro nie przychodzić — mówi ktoś z boku.
— Zwariował pan? — odpowiada tamten. — A premia kwartalna?
I oto cała filozofia.
Nie chodzi zawsze o nędzę. Czasem chodzi właśnie o to, że płacą dość dobrze, aby się oburzać, ale za dobrze, aby naprawdę odejść. Człowiek tkwi więc w układzie osobliwym: gardzi swoim miejscem pracy, lecz ceni jego przelewy. Potępia atmosferę, ale wysoko ocenia terminowość wynagrodzeń.
Mówi:
— To nie jest praca dla ludzi.
A po chwili dodaje:
— Chyba że z dodatkiem stażowym.
Nie jest to jeszcze obłuda. Jest to raczej stara ludzka sztuka polegająca na tym, by interes nazywać losem, a wygodę odpowiedzialnością.
Narzekanie jako sprzęt biurowy
Widziałem zakłady pracy wyposażone bardzo skromnie: dwa biurka, trzy krzesła, jeden komputer i narzekanie. To ostatnie było, nawiasem mówiąc, najbardziej niezawodne.
W pewnych miejscach narzekanie przestaje być reakcją, a staje się umeblowaniem. Jest stale obecne, choć nikt go nie wpisuje do inwentarza. Wisi w powietrzu między tablicą z procedurami a gaśnicą.
Jeden mówi:
— Tu wszystko jest źle zorganizowane.
Drugi odpowiada:
— Jak źle? Toż tu nie ma organizacji. Tu jest wolna twórczość.
Trzeci dodaje:
— Gdyby chaos dostał etat, wyglądałby właśnie tak.
Śmieją się wszyscy, po czym wracają do obowiązków i wykonują je dalej z sumiennością ludzi głęboko przekonanych, że system upadł, lecz należy go jakoś dociągnąć do piątku.
I właśnie tu leży sekret trwałości wielu instytucji. Nie trzyma ich kompetencja. Nie trzyma ich wizja. Trzyma je to, że ludzie wygadali swoją złość w kuchni i nie muszą już niczego zmieniać.
Człowiek nie zawsze pracuje dla pracy. Często pracuje dla czynszu
To bardzo ważne rozróżnienie, którego nie rozumieją zwykle ci, co pytają o samorealizację w godzinach między jogą a podcastem.
Niejeden człowiek nie zostaje w pracy dlatego, że ją lubi. Zostaje dlatego, że lubi mieć dach nad głową. Albo leki. Albo opłacone rachunki. Albo spokój. Albo możliwość pomocy dzieciom. Albo święty spokój, który — jak wiadomo — nie występuje za darmo w stanie naturalnym.
Z wiekiem pytanie:
„Czy ta praca mnie wyraża?”
zastępowane bywa znacznie poważniejszym:
„Czy ta praca mnie utrzyma?”
Na pierwsze odpowiada się przy winie.
Na drugie — przy kalkulatorze.
I kalkulator, trzeba mu to oddać, bywa mniej romantyczny, ale za to znacznie rzadziej kłamie.
O cenie płaconej po cichu
Nie należy jednak myśleć, że taki układ nic nie kosztuje. O nie. Kosztuje i to systematycznie. Tylko nie zawsze widać to od razu na pasku wynagrodzeń.
Najpierw człowiek się męczy. Potem przyzwyczaja. Potem kwaśnieje. Następnie zaczyna odpowiadać czajnikowi tonem, którego dawniej używał wyłącznie wobec jawnych wrogów.
— Czemu to się znowu zawiesiło?!
— To komputer.
— Wszystko jedno.
Z czasem w człowieku osiada szczególny pył. Nie jest to jeszcze rozpacz, ale już nie cierpliwość. Coś pomiędzy znużeniem a małą prywatną zgryźliwością. Pojawia się ironia, potem cynizm, a potem ten stan, w którym człowiek ma pretensję nie tylko do firmy, ale i do spinacza, że istnieje.
I tu groteska przestaje być zabawna, bo pokazuje rzecz smutną: można zostać z powodów rozsądnych, ale rozsądek także bywa kosztowny. Płaci się spokojem, energią, życzliwością, czasem charakterem.
Gdzie kończy się konieczność, a zaczyna dobrze umeblowana wymówka
To jest punkt najtrudniejszy. Bo o ile jedni naprawdę muszą zostać, o tyle inni z czasem przyzwyczajają się do słowa „muszę” jak do wygodnego kapcia.
— Czemu pan tu jeszcze siedzi?
— Bo muszę.
— A gdyby pan nie musiał?
— To bym się zastanowił.
— Od kiedy?
— Od ośmiu lat.
Bywa bowiem, że „muszę” oznacza po prostu:
„Nie chcę ryzykować”.
Albo:
„Nie chcę zaczynać od nowa”.
Albo:
„Nie chcę stracić poziomu życia”.
Albo, co najuczciwsze:
„Nie chce mi się”.
To są rzeczy ludzkie. Nie należy ich potępiać zbyt szybko. Ale nie należy też przebierać ich za heroizm. Nie każda trwałość jest cnotą. Czasem jest tylko dobrze uzasadnionym przyzwyczajeniem.
Ostatecznie: konieczność i kalkulacja żyją ze sobą w zgodzie
Gdyby chcieć tę sprawę ująć jednym zdaniem, należałoby powiedzieć tak: człowiek zostaje tam, gdzie mu źle, najczęściej dlatego, że gdzie indziej mogłoby mu być gorzej albo biedniej.
To nie jest odpowiedź piękna. Ale za to prawdziwa aż do bólu.
Nie każdy, kto narzeka i zostaje, jest hipokrytą. Nie każdy też jest bohaterem codziennego trudu. Większość stanowi mieszaninę rozsądku, lęku, przywiązania do pieniędzy, poczucia obowiązku oraz tej szczególnej ludzkiej zdolności, dzięki której własny kompromis po pewnym czasie zaczyna wyglądać jak zasada moralna.
A największa osobliwość całej sytuacji polega na tym, że człowiek nieraz już dawno przestał pracować z przekonania. Pracuje z rozpędu. Z rachunku. Z obowiązku. Z obawy. Z praktyki. Z przyzwyczajenia do własnego fotela i własnego narzekania.
I tylko codziennie, około godziny dziewiątej, przy ekspresie do kawy, wygłasza z tą samą godnością co zawsze:
— Ja to stąd kiedyś odejdę.
Po czym poprawia identyfikator, sprawdza, czy premia się zgadza, i wraca do obowiązków z miną człowieka ciężko doświadczonego przez los, lecz jednak regularnie przezeń opłacanego."
GDY FRUSTRACJA ROBI ZA ALIBI
 
 

 
 
 
 
 
 
 
Biedronka
Biedronka
W internecie od pewnego czasu dzieją się rzeczy znamienne. Nie wygrywa ten, kto mówi najmądrzej. Wygrywa ten, kto powie brutalniej, szybciej i z większą pewnością, że świat składa się z idiotów, a on jeden to zauważył. Wystarczy więc wpisać kilka słów odpowiednio opryskliwych, dorzucić trochę złości, a najlepiej jeszcze przypiąć komentarz, który złość podbije, uporządkuje i poda publiczności w formie gorącej. Reszta zrobi się sama.
Publiczność przyjdzie.
Przyjdzie, ponieważ internet nie lubi ciszy. Lubi za to hałas, zwłaszcza taki, w którym można się oburzyć, wzruszyć, dołożyć komuś i przy okazji poczuć, że bierze się udział w czymś ważnym. Tymczasem najczęściej nie bierze się udziału w niczym ważnym, tylko w widowisku. Problem prawdziwy, owszem, istnieje, lecz szybko zostaje przykryty przez reakcje. A reakcje, jak wiadomo, mają tę przewagę nad myśleniem, że są szybsze i lepiej wyglądają w komentarzach.
O pracy trudnej, która nie daje jeszcze prawa do wszystkiego
Praca opiekuńcza nie jest lekka. Tego nie trzeba nikomu tłumaczyć, kto choć raz miał do czynienia z cudzą starością, chorobą, zależnością i kaprysami losu, które z człowieka robią istotę raz bezbronną, a raz nieznośną. Bywa senior spokojny i wdzięczny. Bywa też uparty, złośliwy, niesprawiedliwy, oskarżycielski, czasem agresywny, czasem zwyczajnie trudny ponad miarę.
 
O tym wszystkim należy mówić otwarcie.
Ale otwartość jest pojęciem zdradliwym. Bardzo łatwo pomylić ją z puszczeniem hamulców. A kiedy człowiek puszcza hamulce publicznie, to często już nie opowiada o swojej pracy, tylko urządza pokaz. Pokaz ten może być nawet zrozumiały psychologicznie, lecz nie staje się przez to ani szlachetny, ani mądry. Frustracja bywa ludzka. Pogarda nie nabiera godności od tego, że została napisana wielkimi literami.
Między zdaniem: „jest mi ciężko, nie daję już rady” a publicznym odzieraniem drugiego człowieka z resztek godności rozciąga się przestrzeń niemała. I dobrze byłoby jej nie zasypywać tylko dlatego, że algorytm lubi skróty.
Jak powstaje spektakl
Mechanizm jest prosty, a przez to skuteczny. Najpierw pojawia się wpis. Najlepiej mocny, emocjonalny, napisany tak, jakby autor właśnie wrócił z bitwy pod Grunwaldem, tylko że przeciwnikiem był człowiek stary, schorowany i nieznośny. Potem dodaje się komentarz przypięty, który już niczego nie wyjaśnia, ale za to podkręca temperaturę. I wtedy zaczyna się ruch.
Pod postem zbiera się tłum.
Jeden pisze, że miał tak samo.
Drugi, że nawet gorzej.
Trzeci dopisuje, co by zrobił na miejscu autora.
Czwarty od razu wie, jacy są „oni wszyscy”.
Piąty nie pamięta już, o czym była sprawa, ale czuje, że trzeba dołożyć.
I w pewnym momencie nikt nie mówi już o pracy. Wszyscy uczestniczą w obrzędzie. Obrzęd ten polega na zbiorowym uzgadnianiu, że ktoś zasługuje nie na zrozumienie sytuacji, tylko na słowne sprowadzenie do parteru. Wtedy tłum czuje, że żyje.
Frustracja i jej kariera publiczna
Frustracja jest zjawiskiem starym i nieusuwalnym. Była, jest i będzie. Człowiek zmęczony, przeciążony, samotny albo upokorzony ma pełne prawo czuć złość. Kłopot zaczyna się dopiero wtedy, gdy złość zaczyna odgrywać rolę argumentu. A bywa, że odgrywa nawet rolę alibi.
— Jestem wściekła, więc mam rację.
— Jest mi ciężko, więc wolno mi więcej.
— Mam dość, więc forma nie ma znaczenia.
Otóż ma.
Bo starszy człowiek, choćby trudny ponad wszelką miarę, nie przestaje być człowiekiem tylko dlatego, że utrudnia życie. Starość, demencja, zależność, choroba — wszystko to może czynić relację bardzo ciężką, ale nie daje jeszcze nikomu prawa do publicznego widowiska, w którym słabszy staje się rekwizytem, a tłum klaszcze, bo nareszcie jest ostro i „bez filtra”.
W chwili, gdy z opisu trudnej sytuacji robi się spektakl, problem przestaje być problemem. Staje się materiałem.
Dlaczego to tak dobrze działa
Odpowiedź jest mało szlachetna, ale za to praktyczna. Skandal klika się lepiej niż rozsądek. Pogarda zbiera reakcje szybciej niż namysł. Człowiek wyważony rzadko bywa bohaterem internetu, ponieważ wyważenie nie daje satysfakcji natychmiastowej. Nie można nim tak łatwo rzucić o ścianę.
Algorytm nie ma sumienia. To trzeba sobie powiedzieć jasno, żeby nie wymagać od maszyny cnót, których brakuje czasem nawet ludziom. Algorytm nie pyta, czy wpis jest uczciwy, odpowiedzialny, proporcjonalny. Pyta tylko, czy ktoś kliknie, udostępni, oburzy się, skomentuje, przyjdzie z kolegą i wróci jutro po dokładkę.
A ludzie klikają.
Klikają z oburzenia, z ciekawości, z własnej urazy, z nudów, z potrzeby potwierdzenia, że świat jest jeszcze gorszy, niż im się wydawało. Tak rodzi się wspólnota szczególnego rodzaju. Nie oparta na myśli, nie oparta na doświadczeniu, lecz na wspólnej pogardzie. To jest więź bardzo skuteczna, choć mało elegancka. Łączy szybciej niż argument i nie wymaga od uczestników większego wysiłku poza odruchem palca
Bez filtra- czyli bez hamulców
Współczesny internet bardzo lubi mówić o szczerości. Szczerość stała się niemal cnotą automatyczną: wystarczy napisać coś brutalnie, a już pojawia się podejrzenie, że musi to być prawda, bo przecież nikt by tak nie mówił, gdyby nie miał racji. Tymczasem jest to pogląd naiwny. Człowiek może mówić brutalnie z wielu powodów. Prawda znajduje się na tej liście, ale bynajmniej nie jako jedyna.
Nie każdy dosadny tekst jest odważny.
Nie każdy wulgarny wpis jest uczciwy.
Nie każdy brak filtra oznacza autentyczność.
Czasem oznacza tylko brak wychowania. Czasem brak proporcji. Czasem zwykłą chęć zrobienia ruchu pod postem. A czasem sytuację najgorszą: pogardę, która ubrała się w kostium szczerości i czeka, aż publiczność uzna ją za bohaterstwo.
Prawda naprawdę nie potrzebuje rynsztoka, żeby wybrzmieć. Jeśli potrzebuje, to być może nie jest prawdą, tylko występem.
Komentarze, czyli prawdziwa scena
Bywa zresztą, że najgorsze nie dzieje się w samym poście. Post bywa tylko zaproszeniem. Prawdziwe przedstawienie zaczyna się niżej, tam gdzie tłum może już swobodnie dobudować własne piętra złości, urazy i doświadczeń. W komentarzach wychodzi na jaw, czy autor chciał rozmawiać, czy tylko uruchomić reakcję łańcuchową.
Tam właśnie widać wszystko najczyściej.
Ktoś jeszcze próbuje zachować umiar.
Ktoś przypomina, że istnieją granice przyzwoitości.
Ktoś zauważa, że choroba zmienia człowieka.
Ktoś pisze o procedurach, zmianie pracy, asertywności, wsparciu.
Ale te głosy zwykle nie stanowią osi widowiska. Są zbyt ciche. Rozwaga ma słaby marketing. Przyzwoitość nie daje efektu specjalnego. Internet zaś, jak wiadomo, woli, kiedy coś wybuchnie.
Gdzie kończy się szczerość
Nie chodzi o to, żeby ludziom zamknąć usta. Przeciwnie. O wypaleniu, przeciążeniu, przemocy psychicznej, nieuczciwych warunkach pracy i przekraczaniu granic trzeba mówić. Tyle że nadal istnieje zasadnicza różnica między nazwaniem problemu a publicznym upokarzaniem człowieka, który często sam nie jest już zdolny do obrony, polemiki ani nawet zrozumienia, że właśnie stał się materiałem na cudzy zasięg.
Można mówić o zmęczeniu bez pogardy.
Można stawiać granice bez widowiska.
Można opisywać ciężką pracę bez odczłowieczania tych, przy których się ją wykonuje.
Kiedy ta różnica zanika, kończy się szczerość. Zostaje bagno. Bagno jest zaś o tyle praktyczne, że tłum chętnie do niego wchodzi, o ile może przy okazji popatrzeć, jak grzęźnie ktoś inny.
Na koniec rzecz najprostsza
Internet lubi skandal. To fakt.
Tłum chętnie zbiera się tam, gdzie można się wspólnie oburzyć albo komuś wspólnie dokopać. To też fakt.
Najostrzejsze wpisy zbierają reakcje. Owszem.
Ale z tych faktów nie wynika jeszcze obowiązek moralny, żeby uznać to za normę. Nie wynika z nich, że zasięg oznacza rację, a brutalność jest dowodem odwagi. Nie wynika też, że człowiek zmęczony ma prawo zamienić cudzą słabość w scenę, dekorację i paliwo dla tłumu.
Między świadectwem trudnej pracy a treningiem zbiorowej pogardy istnieje różnica zasadnicza.
Dobrze byłoby jej nie zgubić.
Nie każde „mówię, jak jest” jest odwagą.
Czasem jest to tylko frustracja, która znalazła sobie scenę, publiczność i wyjątkowo zły gust.
 
 
                                                                                                                                                              Między koniecznością a kalkulacją 
 
 
 
 
 
 
Biedronka
Biedronka
Polska emigracja to nie tylko historia wyjazdów za pracą. To historia nadziei, przymusu, tęsknoty i życia pomiędzy dwoma światami.
Od czasów, które Sienkiewicz opisał w „Za chlebem”, po współczesne wyjazdy do Niemiec, Holandii, Anglii czy Szwajcarii, zmieniały się kierunki i realia, ale jedno pozostawało podobne: człowiek wyjeżdżał, bo szukał godniejszego życia. W tym artykule przyglądamy się polskiej emigracji przekrojowo , ale z uważnością na ludzi, ich wybory i cenę, jaką często płaci się za lepsze jutro.
 
Polska emigracja. Od „Za chlebem” do życia na walizkach
Polska emigracja nie zaczęła się od busów do Niemiec, tanich lotów do Anglii ani od internetowych ogłoszeń z dopiskiem „praca od zaraz”. Zaczęła się dużo wcześniej - od biedy, od przymusu, od życia, które dla wielu ludzi było bardziej walką o przetrwanie niż spokojną codziennością. Dlatego jeśli chce się uczciwie opowiedzieć historię polskiej emigracji, warto zacząć od Henryka Sienkiewicza i jego „Za chlebem”.
Ten tytuł do dziś brzmi zaskakująco aktualnie. Bo choć zmieniły się czasy, granice, środki transportu i kierunki wyjazdów, sam mechanizm pozostał dziwnie podobny. Polacy przez pokolenia ruszali w świat nie dlatego, że przestawali kochać swój kraj, ale dlatego, że nie zawsze mogli w nim godnie żyć.
„Za chlebem” - stary tytuł, bardzo współczesna treść
W noweli Sienkiewicza nie ma romantycznej przygody ani pocztówkowej wizji świata stojącego otworem. Jest za to coś znacznie bardziej prawdziwego: człowiek, który wyjeżdża, bo na miejscu nie widzi dla siebie przyszłości. To nie jest podróż dla przyjemności. To jest próba ratunku.
I właśnie dlatego „Za chlebem” tak dobrze otwiera temat polskiej emigracji. Bo opowiada o czymś, co powraca przez kolejne pokolenia: o nadziei, która miesza się z lękiem, o marzeniu o lepszym życiu i o cenie, jaką często trzeba za nie zapłacić.
Wyjazd miał dawać szansę. Czasem dawał. Czasem przynosił rozczarowanie. Czasem stawał się początkiem nowego życia, a czasem tylko nową wersją ciężaru. Jakkolwiek niemal zawsze oznaczał jedno- człowiek opuszczał to, co swoje, bo musiał szukać gdzie indziej tego, czego brakowało mu w domu.
Naród, który od pokoleń pakuje walizkę
Polska emigracja to nie jest tylko jeden rozdział historii. To motyw, który wraca przez całe pokolenia. Raz była to emigracja biedy, raz emigracja polityczna, raz ekonomiczna, raz cichsza i rozproszona, ale zawsze mówiła coś ważnego o Polsce i o samych Polakach.
Już w XIX wieku jedni wyjeżdżali za pracą, inni z powodów politycznych. Po klęskach powstań wielu opuszczało kraj nie po to, by poprawić standard życia, ale po to, by zachować wolność, działać dalej i nie zgodzić się na życie w zniewoleniu. Później przyszła emigracja zarobkowa na ogromną skalę — do Ameryki, Francji, Niemiec i innych krajów, gdzie polski emigrant miał przede wszystkim pracować ciężko i bez złudzeń.
Polska bardzo długo była krajem pożegnań. Krajem, z którego się wyjeżdżało po chleb, po wolność, po pieniądze, po szansę, po oddech. I może właśnie dlatego temat emigracji tak mocno siedzi w naszej zbiorowej pamięci. Nawet jeśli ktoś sam nie wyjechał, to prawie każdy zna kogoś, kto wyjechał: ojca, matkę, córkę, brata, sąsiadkę, kuzyna.
Emigracja to nie tylko historia pieniędzy
Z zewnątrz emigracja bywa opisywana zbyt prosto. Ktoś wyjechał, pracuje, zarabia, przysyła pieniądze. Koniec historii. Tyle że prawda jest dużo bardziej skomplikowana.
Emigracja to nie są tylko stawki godzinowe, waluty i przelewy. To także tęsknota, samotność, nieobecność przy rodzinnych wydarzeniach, życie pomiędzy dwoma światami i ciągłe przestawianie serca na tryb „jeszcze dam radę”. Człowiek może zarabiać więcej, a jednocześnie płacić za to ogromną cenę emocjonalną.
Wielu ludzi dzięki emigracji naprawdę poprawiło swój los. Zbudowało domy, zabezpieczyło dzieci, wyszło na prostą. I bardzo dobrze. Tymczasem obok tego sukcesu była i jest druga strona: zmęczenie, rozdarcie, poczucie zawieszenia. Można mieszkać za granicą latami i nadal czuć, że stoi się jedną nogą tu, a drugą tam.
Wojna, PRL i wyjazd jako sposób na przetrwanie
Wojna i jej skutki na nowo przestawiły losy milionów Polaków. Jedni zostali wypchnięci przez historię, inni po 1945 roku nie chcieli wracać do kraju, który formalnie istniał, ale nie był naprawdę wolny. Emigracja stała się wtedy nie tylko sprawą ekonomii, ale też sprawą godności, bezpieczeństwa i politycznej rzeczywistości.
W czasach PRL wyjazd urósł do rangi czegoś więcej niż podróż. Dla wielu był marzeniem o normalności. Dla innych planem awaryjnym. Dla jeszcze innych jedyną drogą, by wyrwać się z życia, w którym trzeba było stale kombinować, przeczekiwać i godzić się na bylejakość.
Zachód nie był rajem, ale z perspektywy wielu ludzi wydawał się miejscem, gdzie wysiłek człowieka miał większy sens. Gdzie za pracą szły pieniądze. Gdzie codzienność nie była nieustannym sprawdzianem cierpliwości.
Po 1989 roku wolność przyszła, ale walizki nie zniknęły
Transformacja ustrojowa otworzyła granice, ale nie zamknęła problemów. Wolność dała możliwości, ale nie wszystkim od razu dała stabilność. Dlatego lata 90. i kolejne dekady przyniosły nowe fale wyjazdów: do Niemiec, Włoch, Holandii, Belgii, Austrii, Szwajcarii, później także do Wielkiej Brytanii i Irlandii.
To były wyjazdy do budowlanki, do rolnictwa, do magazynów, do sprzątania, do gastronomii, do opieki. Polska emigracja przestała być wyłącznie historią mężczyzny z torbą roboczą. Coraz częściej była też historią kobiet, które wyjeżdżały do pracy przy seniorach, w usługach czy w domach prywatnych i przez lata utrzymywały rodziny, żyjąc w rozdarciu między obowiązkiem a tęsknotą.
I to jest jeden z ważniejszych wątków współczesnej emigracji. Bo polski emigrant ma nie tylko twarz robotnika. Ma też twarz kobiety, która dźwiga cudzą codzienność, a własną odkłada na później.
Unia Europejska nie wymyśliła emigracji. Tylko ją uprościła
Po wejściu Polski do Unii Europejskiej wyjazd przestał być dla wielu ludzi wydarzeniem ostatecznym. Stał się czymś bardziej dostępnym, logistycznie prostszym, mniej dramatycznym na pierwszy rzut oka. Tanie loty, internet, stały kontakt z rodziną, szybkie przelewy — wszystko to sprawiło, że emigracja weszła do codzienności.
Jednak nie zmieniło jej sensu. Nadal chodziło o to samo: o lepszy zarobek, większe bezpieczeństwo, stabilniejsze życie, szybszy start. Tylko dekoracje się zmieniły. Zamiast statku do Ameryki pojawił się bus, samolot i telefon w kieszeni. Tęsknota, niepewność i konieczność odnalezienia się w obcym świecie zostały.
Emigracja mówi o Polsce więcej, niż chcielibyśmy przyznać
W polskiej emigracji jest coś niewygodnego. Bo każda wielka fala wyjazdów to nie tylko opowieść o odwadze i zaradności ludzi. To także diagnoza kraju. Skoro przez pokolenia tylu Polaków dochodziło do wniosku, że gdzie indziej da się żyć spokojniej, stabilniej albo po prostu godniej, to trudno udawać, że to wyłącznie kwestia indywidualnych decyzji.
Masowa emigracja zawsze mówi coś o miejscu, z którego się wyjeżdża. O jego brakach. O jego ograniczeniach. O tym, czego ludziom nie potrafiono dać na miejscu.
To nie jest oskarżenie. To jest fakt. Polacy nie wyjeżdżali setkami tysięcy dlatego, że mieli narodowe hobby w pakowaniu walizek. Wyjeżdżali, bo rachunek był prosty: gdzie indziej ten sam wysiłek częściej dawał większy sens, większe pieniądze albo zwyczajnie większy spokój.
Od „Za chlebem” do dziś- wciąż chodzi o godne życie
Dlatego właśnie Sienkiewicz tak dobrze pasuje do tej historii. „Za chlebem” to nie tylko tytuł dawnej noweli. To skrót polskiego doświadczenia. Można go dziś rozumieć szerzej: za chlebem, za bezpieczeństwem, za spokojem, za przyszłością, za życiem, które nie będzie wiecznym zmaganiem.
Polska emigracja to nie margines naszej historii. To jeden z jej najważniejszych rozdziałów. Pisany przez ludzi odważnych, zdesperowanych, pracowitych, wykorzenionych, ambitnych i twardych bardziej, niż sami chcieli być.
Od XIX wieku po współczesność przewija się w nim to samo marzenie: żeby życie było trochę mniej pod górę.
I może właśnie to jest najprawdziwsze w całej tej historii. Nie sam wyjazd. Nie sam powrót. Tylko to uporczywe przekonanie, że gdzieś musi dać się żyć normalniej.
 
 
 
 
 
 
 
  • Grafika:
Biedronka
Biedronka
Szwajcaria wygląda jak pocztówka, ale praca w rolnictwie rzadko jest pocztówkowa. To sektor, gdzie możesz dobrze zarobić i zdobyć konkretne doświadczenie, ale też łatwo wpaść w układ: długie tygodnie pracy + „zapewnione zakwaterowanie” + brak jasnych rozliczeń. Klucz brzmi: kanton, umowa i potrącenia.
W tym artykule masz pełny przegląd: jakie są rodzaje prac (zwierzęta / zbiory / alpejskie gospodarstwa), kiedy jest sezon, jakie są typowe warunki, gdzie szukać ofert i jak nie pojechać w ciemno.
Jak wygląda rolnictwo w Szwajcarii w praktyce
W Szwajcarii nie ma jednej, ogólnokrajowej płacy minimalnej – wiele zależy od kantonu i lokalnych regulacji (tzw. NAV) albo układów zbiorowych (GAV). Dlatego dwie podobne oferty mogą się różnić nie tylko stawką, ale też liczbą godzin i zasadami potrąceń. (sbv-usp.ch)
Dodatkowo: rolnictwo to często praca, gdzie dzień zaczyna się wcześnie, a „pogoda” ma więcej do powiedzenia niż plan w kalendarzu.
Rodzaje pracy: zwierzęta, zbiory, praca na alpejskich gospodarstwach
1) Praca przy zwierzętach (hodowla i gospodarstwa mleczne)
Najczęstsze zadania:
karmienie, pojenie, ścielenie, sprzątanie boksów
dojenie (ręczne lub na hali/robotach udojowych), mycie urządzeń
proste prace przy cielętach, kontrola stanu zwierząt (pod nadzorem)
prace gospodarcze wokół stodoły/stajni, przygotowanie pasz
Dla kogo: dla osób odpornych fizycznie i psychicznie. Zwierzęta nie znają pojęcia „święto” – opieka trwa codziennie.
2) Zbiory: owoce, warzywa, winorośl
Najczęstsze zadania:
zbiory (jabłka, gruszki, truskawki, winogrona – zależnie od regionu)
sortowanie, pakowanie, praca w chłodniach i magazynach
pielenie, cięcie, podwiązywanie, prace pielęgnacyjne
praca w szklarni (czasem szybkie tempo i wysoka wilgotność)
Dla kogo: dla osób, które znoszą monotonię i tempo. W zbiorach liczy się wydajność i dokładność.
3) Gospodarstwa alpejskie (Alp/Alpage)
To inna liga: praca „w górach”, często z zakwaterowaniem na miejscu i zadaniami typu:
wypas, dojnie, produkcja sera, prace wokół obejścia
prace porządkowe, drewno, naprawy, ogrodzenia
logistyka (dowóz, utrzymanie sprzętu), czasem obsługa turystów (zależnie od miejsca)
Oferty pracy na alpejskich gospodarstwach często pojawiają się na wyspecjalizowanych giełdach typu zAlp. (zalp.ch)
Sezonowość: kiedy jest najwięcej ofert
To zależy od rodzaju pracy i regionu, ale ogólnie:
wiosna–lato: intensywne prace pielęgnacyjne, start sezonu na Alpach
lato–jesień: szczyt zbiorów (owoce, warzywa, winogrona), dużo ofert krótkoterminowych
cały rok: gospodarstwa ze zwierzętami (częściej stałe zatrudnienie lub dłuższe kontrakty)
Wynagrodzenie: ile się zarabia w rolnictwie w Szwajcarii
W rolnictwie funkcjonują wytyczne płacowe (m.in. publikowane przez Agrimpuls/SBV). Dla 2026 r. wskazywany jest minimalny poziom 3’460 CHF brutto/miesiąc jako punkt odniesienia, ale kantonalne stawki i wiążące regulacje w NAV/GAV mają pierwszeństwo. (sbv-usp.ch)
Przykład kantonu Vaud (rolnictwo): 3’663 CHF brutto/miesiąc jako stawka bazowa dla pracownika niewykwalifikowanego (w lokalnym dokumencie warunków zatrudnienia). (prometerre.ch)
Ważne: nigdy nie porównuj ofert tylko po kwocie „na rękę”, bo różnice robią:
liczba godzin tygodniowo
potrącenia za zakwaterowanie i wyżywienie
sposób rozliczania nadgodzin
Potrącenia: „zapewnione zakwaterowanie” nie zawsze znaczy „za darmo”
W rolnictwie bardzo często dostajesz pokój i wyżywienie, ale to bywa rozliczane jako świadczenia / potrącenia (Naturallohn). W kantonalnych wytycznych potrafią być podane konkretne kwoty orientacyjne za „kost + logis”. (Verband Thurgauer Landwirtschaft)
Co to oznacza w praktyce: zanim wyjedziesz, musisz mieć czarno na białym:
ile CHF miesięcznie kosztuje pokój
ile CHF miesięcznie kosztuje wyżywienie
czy są inne potrącenia (transport, odzież robocza, narzędzia)
Godziny pracy i nadgodziny: tu nie ma miejsca na „jakoś to będzie”
Szwajcarskie przepisy o czasie pracy i nadgodzinach są dość konkretne (np. roczne limity nadgodzin i zasady dodatków). W skrócie: nadgodziny ustawowe co do zasady wymagają rekompensaty, a w wielu przypadkach przewidziany jest dodatek 25%, chyba że w uzgodniony sposób oddajesz czas wolny. (seco.admin.ch)
Uwaga praktyczna: w rolnictwie spotkasz długie tygodnie pracy (zwłaszcza sezon i hodowla). Dlatego pytanie „ile godzin tygodniowo” to nie ciekawość – to ochrona Twojego zdrowia i portfela.
Legalność pobytu i pracy: UE/EFTA i zasada 90 dni
Dla obywateli UE/EFTA istnieje procedura zgłoszeniowa umożliwiająca pracę w Szwajcarii do 90 dni / 3 miesięcy w roku kalendarzowym (w określonych warunkach) – ale wymaga to zgłoszenia do właściwych władz. (METAS)
Przy dłuższej pracy wchodzą normalne formalności pobytowo-pracownicze (w zależności od rodzaju umowy i statusu).
Gdzie szukać ofert pracy w rolnictwie w Szwajcarii
Sprawdzone kierunki:
agrarjobs.ch – portal stricte rolniczy, sporo ogłoszeń sezonowych i stałych (agrarjobs.ch)
zAlp.ch – giełda pracy na Alpach (gospodarstwa alpejskie) (zalp.ch)
jobs.ch – większy serwis, czasem oferty „okołorolnicze” i stałe (Jobs.ch)
strona SBV o platformach pośrednictwa (przegląd narzędzi/serwisów) (sbv-usp.ch)
EURES (ogólnie o mobilności i ofertach w Europie – nie tylko CH, ale bywa pomocne) (EURES (EURopean Employment Services))
Wymagania: co realnie się liczy
Najczęstsze oczekiwania:
sprawność fizyczna, odporność na pogodę i monotonię
podstawy języka: najczęściej niemiecki lub francuski (w zależności od regionu)
prawo jazdy (często mile widziane), czasem doświadczenie w pracy ze zwierzętami
gotowość do pracy w weekendy (zwłaszcza hodowla)
Checklista przed wyjazdem: 10 rzeczy, które masz mieć na piśmie
Kanton i jaka regulacja obowiązuje (NAV/GAV)
Stawka brutto i netto + termin wypłaty
Liczba godzin tygodniowo i przerwy
Zasady nadgodzin (dodatek czy odbiór czasu) (seco.admin.ch)
Potrącenia: zakwaterowanie/wyżywienie/transport – kwoty w CHF
Zakres obowiązków (konkretnie: zwierzęta / zbiory / magazyn / prace domowe)
Warunki zakwaterowania (pokój, łazienka, internet, pranie)
Kto zapewnia odzież roboczą i sprzęt
Czy dostajesz pasek płacowy i rozliczenie składek/ubezpieczeń
Dane pracodawcy + forma kontaktu w razie problemu
Czerwone flagi w ogłoszeniach (czyli: pytaj ostrzej albo odpuść)
„wynagrodzenie do uzgodnienia na miejscu”
„zapewnione zakwaterowanie” bez kwot
brak informacji o godzinach tygodniowo
presja na szybki wyjazd bez umowy / bez warunków na piśmie
„zakres obowiązków: różne, w zależności od potrzeb” (czyli: wszystko)
FAQ
Czy w Szwajcarii jest jedna płaca minimalna?
Nie ma jednej krajowej. W rolnictwie są wytyczne, ale pierwszeństwo mają regulacje kantonalne (NAV) i układy (GAV). (sbv-usp.ch)
Ile wynosi orientacyjnie minimum w rolnictwie w 2026?
Jako punkt odniesienia podawane jest 3’460 CHF brutto/miesiąc, ale kanton może mieć wyżej. (sbv-usp.ch)
Czy mogę pracować do 3 miesięcy bez pozwolenia?
Dla UE/EFTA istnieje możliwość pracy do 90 dni/3 miesięcy w roku przy procedurze zgłoszeniowej. (METAS)
Gdzie najłatwiej znaleźć oferty na Alpy?
Na zAlp.ch – to jedna z najbardziej rozpoznawalnych giełd „alpejskich” ofert.
  • Grafika:
Biedronka
Biedronka
Biedronka

Przez Biedronka, w Pod powierzchnią ,

Biedronka

Przez Biedronka, w Pod powierzchnią ,

Treści i formaty autorskie. Inspiruj się uczciwie: podaj źródło.

Jeżeli jednak zamierzasz spartolić treść z tej strony, milcz i nie zostawiaj śladów, bo my się do Ciebie na pewno nie przyznamy. 😇🖕

Polacynasaksach 2025 Facebook Treści i formaty autorskie. Inspiruj się uczciwie: podaj źródło.

Account

Navigation

Szukaj

Szukaj

Configure browser push notifications

Chrome (Android)
  1. Tap the lock icon next to the address bar.
  2. Tap Permissions → Notifications.
  3. Adjust your preference.
Chrome (Desktop)
  1. Click the padlock icon in the address bar.
  2. Select Site settings.
  3. Find Notifications and adjust your preference.