Skocz do zawartości
View in the app

A better way to browse. Learn more.

Polacynasaksach

A full-screen app on your home screen with push notifications, badges and more.

To install this app on iOS and iPadOS
  1. Tap the Share icon in Safari
  2. Scroll the menu and tap Add to Home Screen.
  3. Tap Add in the top-right corner.
To install this app on Android
  1. Tap the 3-dot menu (⋮) in the top-right corner of the browser.
  2. Tap Add to Home screen or Install app.
  3. Confirm by tapping Install.

Wokulski wraca z Saksów !

Gdy pan Stanisław Wokulski z saksów powrócił, człekiem był już majętnym, lecz sercem podejrzliwym i w rzeczach doczesnych wielce ostrożnym.

Nie ufał tedy pracodawcom, pośrednikom, ogłoszeniom drukowanym tłustą czcionką ani ludziom, którzy zbyt często zapewniali go o uczciwości własnej. Szczególną zaś nieufność żywił ku wszelkim ofertom, w których wspominano o „rodzinnej atmosferze”, albowiem doświadczenie pouczyło go, iż gdzie o rodzinie wiele prawią, tam zwykle o pieniądzach mówić nie lubią.

Na saksy udał się był z konieczności ekonomicznej, a poniekąd i z ciekawości świata.

Mniemano wówczas powszechnie, iż w krajach niemieckich pieniądz leży na ulicy.

Leżał istotnie.

Aliści należało go podnosić od świtu aż po zmierzch.

Pierwszą posadę otrzymał u pewnego kupca, człowieka statecznego, brzuchatego i tak dalece przywiązanego do porządku, iż nawet muchy zdawały się w jego składzie latać wedle regulaminu.

Kupiec ów każdego nowego pracownika witał słowy:

– U nas waćpan jak w rodzinie.

Po czym potrącał mu z należności za rękawice, miejsce przy stole, stłuczony kubek oraz nadmierne zużycie światła.

Wokulski przyjął to zrazu spokojnie, gdyż młody jeszcze był i wierzył, iż każda rzecz na świecie posiada swoją przyczynę.

Po miesiącu od owego poglądu odstąpił.

Przeniósł się tedy do magazynu, gdzie powierzono mu zajęcie odpowiedzialne i wymagające krzepy.

Przenosił skrzynie.

Z lewej strony hali na prawą.

Nazajutrz zaś z prawej na lewą.

Po kilku dniach poczęła go trapić ciekawość, której, jak wiadomo, człek rozsądny winien w pracy używać oszczędnie.

Zapytał więc przełożonego:

– A jakiż jest cel tego przenoszenia?

Przełożony spojrzał nań długo.

– Pan tu jest do roboty czy do filozofii?

Od tej chwili Wokulskiego poczęto uważać za człowieka trudnego.

Pojął tedy rzecz nader ważną: pracownik doskonały winien posiadać trzy przymioty. Punktualność, siłę i umiarkowane zainteresowanie sensem własnych czynności.

Z magazynu odszedł sam, zanim uczyniono to za niego.

Następnie najął się do pracy w domu pewnej wdowy, która w ogłoszeniu poszukiwała „niewielkiej pomocy przy gospodarstwie”.

Słowo „niewielkiej” powinno było wzbudzić jego czujność.

Nie wzbudziło.

Obowiązki jego obejmowały gotowanie, sprzątanie, pranie, zakupy, ogród, opał, piwnicę, rachunki, psa, kota, drobne naprawy oraz doglądanie kuzyna wdowy, który mieszkał o dwie mile dalej i cierpiał, jak utrzymywano, na melancholię.

Po tygodniu doszedł jeszcze kanarek.

Po dwóch tygodniach srebra stołowe.

Po miesiącu wdowa zapytała, czy pan Stanisław zna się na rynnach.

– Nie znam się – odparł.

– To dobrze – rzekła. – Człowiek najlepiej się uczy w praktyce.

I wysłała go na dach.

Wokulski począł podejrzewać, iż określenie „niewielka pomoc” ma znaczenie nie tyle rzeczowe, ile metafizyczne.

Pewnego dnia, gdy od rana nosił opał, potem przyrządził obiad, wyprowadził psa, odebrał paczkę, naprawił furtkę i odbył rozmowę z melancholijnym kuzynem, zapytał wreszcie:

– A kiedyż tedy przypada mi czas wolny?

Wdowa spojrzała nań z niejakim zdumieniem.

– W niedzielę po obiedzie, ma się rozumieć.

– Całe popołudnie?

– Jeżeli nic się nie wydarzy.

– A cóż się może wydarzyć?

Wdowa westchnęła.

– Panie Stanisławie. Wszystko.

I rzeczywiście wszystko się wydarzało.

Raz pies zachorował, innym razem przyjechała siostra wdowy, potem zaś kuzyn poczuł się samotny, komin przestał ciągnąć, a kura nie chciała zejść z drzewa.

Wokulski na drzewo wszedł.

Kura zeszła sama.

Nie powiedział nic, ponieważ zrozumiał już, iż istnieją zwycięstwa, o których człowiek wolałby nie opowiadać.

Po pół roku przestał traktować czas wolny jako rzecz rzeczywistą.

Uważał go raczej za pewien pogląd filozoficzny, rozpowszechniony wśród ludzi, którzy sami nikogo nie zatrudniają.

Wtedy właśnie po raz pierwszy pomyślał o handlu, nie przez chciwość nieopanowaną, jeno przez zmęczenie okrutne.

Doszedł bowiem do przekonania, iż skoro i tak pracuje od rana do nocy, rozsądniej byłoby, aby choć część zysku trafiała do niego.

Począł tedy kupować i sprzedawać.

Najpierw drobiazgi.

Potem towary większej wartości.

Wkrótce nauczył się rzeczy, których żadna księga ekonomiczna nie objaśniała dostatecznie jasno: kiedy kupujący mówił, że się jeszcze zastanowi, znaczyło to często, iż kupi u kogo innego; kiedy sprzedający przysięgał, że traci na interesie, oznaczało to zazwyczaj, że zarabia znakomicie; gdy zaś ktoś powiadał „między nami”, należało natychmiast założyć, że wiadomość zna już pół miasta.

Wokulski uczył się szybko.

Kupował taniej, sprzedawał drożej, przewoził, pośredniczył, rachował i po nocach przeglądał księgi.

Z czasem spostrzegł jeszcze jedną osobliwość.

Gdy człowiek pracował szesnaście godzin na dobę dla cudzej korzyści, zwano to obowiązkiem.

Gdy czynił to samo dla własnej, zwano go przedsiębiorcą.

Różnica ta wielce mu się spodobała.

Zarobiwszy wreszcie niemały kapitał, postanowił wrócić do Warszawy.

Przed wyjazdem spakował kufry, policzył pieniądze, sprawdził dokumenty i spojrzał po raz ostatni na kraj, który nauczył go trzech rzeczy.

Nie ufać obietnicom.

Czytać drobny druk.

I nigdy, pod żadnym pozorem, nie pytać kury, dlaczego siedzi na drzewie.

Do Warszawy przybył z mocnym postanowieniem, iż odtąd żyć będzie rozumnie.

Żadnych decyzji gwałtownych, przedsięwzięć bez rachunku ni zaufania pozorom.

Rozsądek, umiar i zimna kalkulacja miały być odtąd jego przewodnikami.

No i jutro rzeczywiście nadeszło, a z nim Izabella Łęcka...

Stała w loży jasna, piękna i spokojna, jak osoba, której nigdy w życiu nie kazano zdejmować kury z drzewa!

Wokulski spojrzał i zamilkł...

W jednej chwili cały ów rozsądek, zdobyty pracą, niedostatkiem, rachunkiem, niemieckim porządkiem i wielomiesięcznym obcowaniem z rodzinami o rodzinnej atmosferze, po prostu spierdolił, Mocium Panie!

Tak zakończyły się saksy Wokulskiego, a zaczęły wydatki.

Kieska jego była wprawdzie rozkosznie pękata, aliści chudła w tempie haniebnym.

I tu nastąpi koniec wywodu.

Pozwólmy Prusowi wygodnie poleżeć.

To też je dobre !

Opinie użytkowników

Rekomendowane komentarze

Brak komentarzy do wyświetlenia

Gość
Dodaj komentarz...

Treści i formaty autorskie. Inspiruj się uczciwie: podaj źródło.

Jeżeli jednak zamierzasz spartolić treść z tej strony, milcz i nie zostawiaj śladów, bo my się do Ciebie na pewno nie przyznamy. 😇🖕

Polacynasaksach 2025 Facebook Treści i formaty autorskie. Inspiruj się uczciwie: podaj źródło.

Account

Navigation

Szukaj

Szukaj

Configure browser push notifications

Chrome (Android)
  1. Tap the lock icon next to the address bar.
  2. Tap Permissions → Notifications.
  3. Adjust your preference.
Chrome (Desktop)
  1. Click the padlock icon in the address bar.
  2. Select Site settings.
  3. Find Notifications and adjust your preference.