Skocz do zawartości
  • Podpięty
    Biedronka
    Biedronka

    Między koniecznością a kalkulacją

    Rzecz o ludziach, którzy odchodzą codziennie, lecz wyłącznie w rozmowach

    "Jestem starym obserwatorem spraw zawodowych i widziałem w swoim życiu wiele stanowisk przykrych, wiele etatów jałowych, wiele posad, od których człowiekowi cierpnie dusza, ale żeby aż tak — tego nie widuje się co dzień.

    Mam na myśli szczególny gatunek pracownika, nader rozpowszechniony, choć wciąż słabo opisany. Jest to osobnik, który od lat pozostaje w tym samym miejscu pracy, a zarazem od lat wygłasza o tym miejscu rzeczy tak straszne, że gdyby choć połowa z nich była prawdą, inspekcja, sanepid, prokuratura i biskup powinni wkroczyć równocześnie.

    — Tu się nie da pracować — mówi on.
    — To czemu pan pracuje? — pytam nieostrożnie.
    — Bo się nie da nie pracować — odpowiada z godnością.

    I tu właśnie zaczyna się zagadnienie.

     Człowiek ten codziennie oświadcza, że ma dość. Że atmosfera jest niemożliwa. Że kierownictwo nieudolne. Że współpracownicy męczący. Że organizacja przypomina połączenie cyrku z oblężeniem twierdzy. Że wszystko stoi na głowie, a jeśli nie stoi, to tylko dlatego, że już dawno leży.

    A jednak następnego dnia zjawia się punktualnie. Czasem nawet przed czasem. Siada, wzdycha i pracuje.

    Na pierwszy rzut oka wygląda to na sprzeczność. Na drugi także. Dopiero trzeci rzut, wykonywany zwykle po czterdziestce, pięćdziesiątce albo po pierwszym poważnym kredycie, pozwala zrozumieć, że nie jest to żadna sprzeczność, lecz klasyczny układ między losem a portfelem.

    O porannym obrządku narzekania

    W każdej poważnej instytucji istnieją obrzędy. Jedni mają zmianę warty, drudzy podniesienie flagi, trzeci odprawę. W zwykłych miejscach pracy istnieje zaś ceremonia bardziej praktyczna: poranne narzekanie zbiorowe.

    Odbywa się ono przeważnie przy ekspresie, czajniku albo w przejściu, gdzie teoretycznie nie wolno stać, ale gdzie stoją wszyscy. Rzecz przebiega według ustalonego porządku.

    — Jak tam? — pyta pierwszy.
    — Jak ma być? — odpowiada drugi. — Dramat.
    — U nas też.
    — U nas gorzej.
    — U nas już nawet gorzej nie jest. U nas jest systemowo.

    Po czym wszyscy kiwają głowami z uznaniem, że oto padła diagnoza głęboka.

    Narzekanie spełnia tu funkcję nie tylko uczuciową, ale i społeczną. Jednoczy. Urealnia dzień. Pozwala rozpoznać swoich. Kto nie narzeka, ten budzi niepokój.

    — A pan czemu nic nie mówi?
    — Bo nie jest najgorzej.
    — Aha — odpowiadają z chłodem. — Czyli pan z kierownictwa.

    W ten sposób tworzy się wspólnota ludzi rozczarowanych, których łączy poczucie krzywdy oraz termin wypłaty.

    Nie każdy może odejść ot tak, jak wychodzi się po bułki

    Ludzie młodzi, giętcy i pełni rekrutacyjnej fantazji powiadają czasem:
    „Jak ci źle, zmień pracę”.

    Jest to rada piękna, podobna do zdania:
    „Jak ci zimno, kup sobie pałac na Lazurowym Wybrzeżu”.

    Człowiek po pięćdziesiątce nie zmienia życia jednym kliknięciem. Ma przeważnie rodzinę, zobowiązania, zdrowie już mniej entuzjastyczne niż dawniej oraz jasne zrozumienie, że rynek pracy owszem, szanuje doświadczenie — ale najchętniej w przemówieniach okolicznościowych.

    W praktyce zaś doświadczenie bywa mile widziane pod warunkiem, że ma trzydzieści dwa lata, zna pięć systemów, dwa języki i potrafi się cieszyć z owocowych czwartków.

    Nie każdy więc zostaje z wygody. Niejeden zostaje z konieczności, która nie wygląda efektownie, ale za to płaci rachunki. Człowiek taki wie, że jego praca jest męcząca, lecz wie też, że brak pracy jest jeszcze bardziej twórczy — głównie w dziedzinie bezsenności.

    O tych, którym praca szkodzi, ale pensja wzmacnia

    Nie byłbym jednak uczciwy, gdybym przemilczał drugi typ przypadków. Są bowiem i tacy, którzy narzekają z temperamentem tragicznym, ale pozostają z rachunkiem bardzo przytomnym.

    — Nie wytrzymam tu ani dnia dłużej — oznajmia taki jeden.
    — To proszę jutro nie przychodzić — mówi ktoś z boku.
    — Zwariował pan? — odpowiada tamten. — A premia kwartalna?

    I oto cała filozofia.

    Nie chodzi zawsze o nędzę. Czasem chodzi właśnie o to, że płacą dość dobrze, aby się oburzać, ale za dobrze, aby naprawdę odejść. Człowiek tkwi więc w układzie osobliwym: gardzi swoim miejscem pracy, lecz ceni jego przelewy. Potępia atmosferę, ale wysoko ocenia terminowość wynagrodzeń.

    Mówi:
    — To nie jest praca dla ludzi.

    A po chwili dodaje:
    — Chyba że z dodatkiem stażowym.

    Nie jest to jeszcze obłuda. Jest to raczej stara ludzka sztuka polegająca na tym, by interes nazywać losem, a wygodę odpowiedzialnością.

    Narzekanie jako sprzęt biurowy

    Widziałem zakłady pracy wyposażone bardzo skromnie: dwa biurka, trzy krzesła, jeden komputer i narzekanie. To ostatnie było, nawiasem mówiąc, najbardziej niezawodne.

    W pewnych miejscach narzekanie przestaje być reakcją, a staje się umeblowaniem. Jest stale obecne, choć nikt go nie wpisuje do inwentarza. Wisi w powietrzu między tablicą z procedurami a gaśnicą.

    Jeden mówi:
    — Tu wszystko jest źle zorganizowane.

    Drugi odpowiada:
    — Jak źle? Toż tu nie ma organizacji. Tu jest wolna twórczość.

    Trzeci dodaje:
    — Gdyby chaos dostał etat, wyglądałby właśnie tak.

    Śmieją się wszyscy, po czym wracają do obowiązków i wykonują je dalej z sumiennością ludzi głęboko przekonanych, że system upadł, lecz należy go jakoś dociągnąć do piątku.

    I właśnie tu leży sekret trwałości wielu instytucji. Nie trzyma ich kompetencja. Nie trzyma ich wizja. Trzyma je to, że ludzie wygadali swoją złość w kuchni i nie muszą już niczego zmieniać.

    Człowiek nie zawsze pracuje dla pracy. Często pracuje dla czynszu

    To bardzo ważne rozróżnienie, którego nie rozumieją zwykle ci, co pytają o samorealizację w godzinach między jogą a podcastem.

    Niejeden człowiek nie zostaje w pracy dlatego, że ją lubi. Zostaje dlatego, że lubi mieć dach nad głową. Albo leki. Albo opłacone rachunki. Albo spokój. Albo możliwość pomocy dzieciom. Albo święty spokój, który — jak wiadomo — nie występuje za darmo w stanie naturalnym.

    Z wiekiem pytanie:
    „Czy ta praca mnie wyraża?”
    zastępowane bywa znacznie poważniejszym:
    „Czy ta praca mnie utrzyma?”

    Na pierwsze odpowiada się przy winie.
    Na drugie — przy kalkulatorze.

    I kalkulator, trzeba mu to oddać, bywa mniej romantyczny, ale za to znacznie rzadziej kłamie.

    O cenie płaconej po cichu

    Nie należy jednak myśleć, że taki układ nic nie kosztuje. O nie. Kosztuje i to systematycznie. Tylko nie zawsze widać to od razu na pasku wynagrodzeń.

    Najpierw człowiek się męczy. Potem przyzwyczaja. Potem kwaśnieje. Następnie zaczyna odpowiadać czajnikowi tonem, którego dawniej używał wyłącznie wobec jawnych wrogów.

    — Czemu to się znowu zawiesiło?!
    — To komputer.
    — Wszystko jedno.

    Z czasem w człowieku osiada szczególny pył. Nie jest to jeszcze rozpacz, ale już nie cierpliwość. Coś pomiędzy znużeniem a małą prywatną zgryźliwością. Pojawia się ironia, potem cynizm, a potem ten stan, w którym człowiek ma pretensję nie tylko do firmy, ale i do spinacza, że istnieje.

    I tu groteska przestaje być zabawna, bo pokazuje rzecz smutną: można zostać z powodów rozsądnych, ale rozsądek także bywa kosztowny. Płaci się spokojem, energią, życzliwością, czasem charakterem.

    Gdzie kończy się konieczność, a zaczyna dobrze umeblowana wymówka

    To jest punkt najtrudniejszy. Bo o ile jedni naprawdę muszą zostać, o tyle inni z czasem przyzwyczajają się do słowa „muszę” jak do wygodnego kapcia.

    — Czemu pan tu jeszcze siedzi?
    — Bo muszę.
    — A gdyby pan nie musiał?
    — To bym się zastanowił.
    — Od kiedy?
    — Od ośmiu lat.

    Bywa bowiem, że „muszę” oznacza po prostu:
    „Nie chcę ryzykować”.
    Albo:
    „Nie chcę zaczynać od nowa”.
    Albo:
    „Nie chcę stracić poziomu życia”.
    Albo, co najuczciwsze:
    „Nie chce mi się”.

    To są rzeczy ludzkie. Nie należy ich potępiać zbyt szybko. Ale nie należy też przebierać ich za heroizm. Nie każda trwałość jest cnotą. Czasem jest tylko dobrze uzasadnionym przyzwyczajeniem.

    Ostatecznie: konieczność i kalkulacja żyją ze sobą w zgodzie

    Gdyby chcieć tę sprawę ująć jednym zdaniem, należałoby powiedzieć tak: człowiek zostaje tam, gdzie mu źle, najczęściej dlatego, że gdzie indziej mogłoby mu być gorzej albo biedniej.

    To nie jest odpowiedź piękna. Ale za to prawdziwa aż do bólu.

    Nie każdy, kto narzeka i zostaje, jest hipokrytą. Nie każdy też jest bohaterem codziennego trudu. Większość stanowi mieszaninę rozsądku, lęku, przywiązania do pieniędzy, poczucia obowiązku oraz tej szczególnej ludzkiej zdolności, dzięki której własny kompromis po pewnym czasie zaczyna wyglądać jak zasada moralna.

    A największa osobliwość całej sytuacji polega na tym, że człowiek nieraz już dawno przestał pracować z przekonania. Pracuje z rozpędu. Z rachunku. Z obowiązku. Z obawy. Z praktyki. Z przyzwyczajenia do własnego fotela i własnego narzekania.

    I tylko codziennie, około godziny dziewiątej, przy ekspresie do kawy, wygłasza z tą samą godnością co zawsze:

    — Ja to stąd kiedyś odejdę.

    Po czym poprawia identyfikator, sprawdza, czy premia się zgadza, i wraca do obowiązków z miną człowieka ciężko doświadczonego przez los, lecz jednak regularnie przezeń opłacanego."

    GDY FRUSTRACJA ROBI ZA ALIBI

     

     


     

     

     

     

     

     

     





  • Możliwie najświeższe a i częściowo odgrzane newsy

×
×
  • Dodaj nową pozycję...
Polacynasaksach 2025 Facebook Treści i formaty autorskie. Inspiruj się uczciwie: podaj źródło.