Nad Jeziorem Zuryskim odbyło się zebranie. Nie wiadomo wprawdzie, kto je zwołał, lecz odbyło się bez wątpienia, gdyż obecni byli uczestnicy, przedmiot zebrania oraz ożywienie, bez którego żadne zebranie nie miałoby sensu. Brakowało tylko porządku obrad, ale ten, jak wiadomo, najłatwiej dopisuje się po wszystkim.
Słabość jako punkt programu
Przy samym brzegu znajdował się ptak w stanie osłabienia. Leżał czy też półleżał, a w każdym razie nie zachowywał się tak, jak zachowują się ci, którzy mają jeszcze dość siły, by stawiać opór rzeczywistości. Był to stan, który natychmiast zwraca uwagę, ponieważ słabość działa przyciągająco. Nie tylko na współczucie. Na wiele rzeczy. Na przykład na ciekawość. Albo na apetyt. Albo na cudzą aktywność moralną.
Pierwszy zjawił się ptak czarny. Był to osobnik rzeczowy. Takich zna każdy świat, choć różnie się oni w nim nazywają. Nie wykonywał ruchów zbędnych, nie zdradzał rozterki, nie stwarzał pozorów duchowej walki. Podszedł do osłabionego z zamiarem prostym i zrozumiałym. W naturze nie ma zwyczaju owijać prostych zamiarów w skomplikowane formuły. Jeżeli coś wygląda na okazję, to zwykle nią jest. Czarny ptak nie filozofował. Czarny ptak przystąpił.
Odpędzanie intruza
Ale w tej samej chwili nadciągnęli inni.
Nadciągnęli skwapliwie, jakby właśnie na to czekali, choć z pewnością później każdy z nich utrzymywałby, że znalazł się tam przypadkiem. Otoczyli czarnego i poczęli go odpędzać z wielką energią. Był w tym pośpiech, było wzburzenie, było coś, co człowiek nieobeznany z życiem mógłby nawet nazwać odruchem szlachetnym. Oto, pomyślałby taki, jedni stają w obronie słabszego przeciw temu, który chce skorzystać. Oto solidarność. Oto wspólnota. Oto dowód, że świat nie upadł jeszcze całkowicie.
Lecz człowiek bardziej doświadczony wie, że gdy kilka istot rzuca się nagle w obronie jednej, nie zawsze chodzi o tę jedną. Czasem chodzi o porządek. Czasem o kompetencje. Czasem o to, że sprawa należy do miejscowych. Czasem o zwykłą niechęć do tego, by ktoś obcy dobrał się pierwszy. Czasem wreszcie o odwieczną zasadę, że jeśli już ma się coś wydarzyć nadzwyczajnego, to najlepiej pod własnym nadzorem.
Tak więc odpędzano czarnego z zapałem, który wzruszyć mógłby tylko kogoś bardzo młodego albo bardzo starego, przy czym młody wzrusza się z niewiedzy, a stary przez roztargnienie. Reszta patrzy ostrożniej. Wiedząc, że energia moralna bywa często tylko inną nazwą dla energii własnościowej. „Nie rusz” znaczy nieraz tyle co „to nasze”. A „brońmy słabszego” brzmi niekiedy podejrzanie podobnie do „nie pozwolimy, żebyś ty skorzystał przed nami”.
Milczące centrum całego zajścia
Ptak osłabiony trwał pośrodku całego zajścia w sposób, który należałoby nazwać godnym, gdyby godność nie była pojęciem tak często nadużywanym przez tych, którzy sami stoją na nogach. Nie brał udziału w sporze. Nie wyjaśniał. Nie wnosił sprostowań. Nie protestował. Nie zajmował stanowiska. Leżał. To jest forma bycia, która bardzo utrudnia dyskusję, ale za to doskonale ją prowokuje.
Woda obmywała brzeg z obojętnością właściwą zjawiskom naturalnym. Jezioro nie mieszało się do sprawy, co należy policzyć mu na plus. Człowiek bowiem, znalazłszy się w podobnej sytuacji, od razu zacząłby zajmować stanowisko. Najpierw prywatnie, potem wspólnie, potem publicznie. Wreszcie powstałyby dwie grupy: jedna twierdząca, że czarny jest cyniczny, druga, że pozostali są obłudni. Trzecia grupa, najbardziej liczna, utrzymywałaby, że prawda leży pośrodku, choć nikt nie kwapiłby się jej podnieść.
Ptaki i ludzie
Patrząc na owo zebranie nad wodą, doznałam uczucia dziwnej znajomości. Nie dlatego, aby ptaki miały w sobie coś z ludzi. Byłoby to dla ptaków niegrzeczne. Ptaki są znacznie prostsze. Jeden jest słaby, drugi chce skorzystać, trzeci mu przeszkadza. I na tym rzecz mogłaby się skończyć, gdyby nie to, że człowiek, obserwując prostotę świata, natychmiast wnosi do niej własne doświadczenie, a wraz z nim całe to bogactwo podejrzeń, jakim obrosła cywilizacja.
Bo człowiek wie, że tam, gdzie pojawia się słabość, zjawiają się zaraz rozmaite figury. Jest ten, co chce pomóc. Jest ten, co chce skorzystać. Jest ten, co chce przeszkodzić drugiemu skorzystać. Jest ten, co chce
tylko patrzeć. Jest ten, co pragnie wyglądać najlepiej na tle całego zajścia. Jest i taki, co nie zrobi nic, ale później sporządzi opis pełen troski i zasad. Każdy z nich znajdzie sobie rolę. Słabość bowiem działa organizująco. Tam, gdzie ktoś opada z sił, natychmiast zaczyna się porządkowanie otoczenia.
W tym sensie ptasie zebranie nad Jeziorem Zuryskim było nad wyraz ludzkie. Miało przedmiot. Miało napięcie. Miało uczestników bezinteresownych tylko z pozoru. Miało osobnika czynnego, któremu odmówiono działania. Miało centrum całego zajścia, które nic już nie mogło powiedzieć. Miało również tę cenną cechę, jaką posiadają wszystkie sceny naprawdę udane: nikt do końca nie był niewinny, choć każdy mógłby z powodzeniem twierdzić, że jest.
Przewaga natury nad człowiekiem
Natura ma nad człowiekiem przewagę zasadniczą. Nie tłumaczy się. Ptak, który podchodzi do słabego, nie mówi, że czyni to z poczucia odpowiedzialności. Ptak, który odpędza drugiego, nie powołuje się na dobro wspólne. Ptak, który przygląda się wszystkiemu z boku, nie udaje bezstronnego obserwatora. Żaden z nich nie wygłasza oświadczeń. Żaden nie formułuje zasad. Żaden nie robi z własnego odruchu etyki. Dzięki temu, choć bywa brutalnie, przynajmniej jest jasno.
Człowiek przeciwnie. Człowiek chciałby przede wszystkim, aby nie było jasno. Gdy korzysta, chce uchodzić za koniecznego. Gdy przeszkadza innym korzystać, chce uchodzić za prawego. Gdy obserwuje, chce uchodzić za wrażliwego. Gdy milczy, chce uchodzić za odpowiedzialnego. Gdy zaś przyłapie się go na czymś mało wzniosłym, natychmiast tłumaczy, że sytuacja była wyjątkowa, delikatna i wymagała namysłu. Człowiek jest jedynym stworzeniem, które z własnego łokcia potrafi zrobić zasadę, a z cudzego upadku okazję do zaprezentowania charakteru.
Tymczasem nad wodą wszystko odbywało się bez tych upiększeń. Czarny próbował. Pozostali odpędzali. Osłabiony trwał. Zebranie trwało również. Można było tylko patrzeć i zastanawiać się, czy cała ta gorliwość wokół słabszego płynie rzeczywiście z odruchu obrony, czy raczej z tej pospolitej niechęci, z jaką jedni uczestnicy życia odnoszą się do drugich uczestników życia, ilekroć tamci chcą pierwsi dobrać się do czyjegoś nieszczęścia.
Odpowiedź, jak zwykle, nie była czysta. W takich sprawach nic nie bywa czyste. Czyste są tylko deklaracje, i to wyłącznie u ludzi. Natura nie zna deklaracji, więc oszczędza sobie również ich kompromitacji.
Wnioski bez protokołu
Zebranie nad wodą trwało jeszcze chwilę, po czym zapewne rozeszło się bez protokołu, bez uchwał i bez podziękowania dla organizatorów. Nikt nie sporządził wniosków końcowych. Nikt nie podsumował dyskusji. Nikt nie wezwał do większej wrażliwości na los słabszych. Wszystko to zostało człowiekowi, który stał na brzegu i patrzył.
Patrzył zaś z rosnącym zakłopotaniem, ponieważ widział coraz wyraźniej, że w tym małym, czarnym zgromadzeniu nie chodzi wcale o egzotykę ptasich obyczajów. Chodzi o rzecz znacznie bardziej przykrą: o znajomość.
Było tam wszystko, co potrzeba.
Słabość.
Apetyt.
Oburzenie.
Porządek.
Tłum.
A więc, innymi słowy, był świat.
Rekomendowane komentarze
Brak komentarzy do wyświetlenia