Fotoreportaż z Zurychu | 23 października 2026
Niech nikt nie sądzi, że wyprawa do sklepu spożywczego jest zajęciem pozbawionym przygód. Tak mogą mniemać jedynie ludzie, którzy od lat kupują te same trzy produkty i nigdy nie spojrzeli na półkę sąsiednią. Tymczasem wystarczy odrobina ciekawości, para wygodnych butów i telefon z aparatem fotograficznym, aby ze zwykłych zakupów powstała historia, w której występują francuskie masło, szwajcarski ser, poczciwa bułeczka i pewien kefir o nadzwyczaj wysokim mniemaniu o sobie.
Wszystkie te osobliwości spotkałam w Zurychu, mieście, które na pozór zajmuje się wyłącznie bankowością, punktualnością i pielęgnowaniem opinii o własnej zamożności, lecz w istocie poświęca również niemało uwagi sprawom tak przyziemnym, jak obiad, kolacja oraz pytanie, co jutro położyć na chlebie.
Postanowiłam więc sprawdzić, ile kosztują tutaj zwyczajne zakupy.
Nie zamierzałam sporządzać naukowego traktatu o szwajcarskiej drożyźnie ani mierzyć z linijką długości ogórków. Chciałam po prostu zajrzeć do kilku sklepów, przyjrzeć się towarom i cenom, a następnie opowiedzieć o wszystkim tym, którzy znają Szwajcarię jedynie ze słyszenia.
Bo ze słyszenia, proszę Państwa, Szwajcaria jest krajem, w którym nawet marchewka powinna mieć konto bankowe.
Postanowiłam zatem przekonać się, ile w tym prawdy.
Pierwszy akt: Kreuzplatz, dawna poczekalnia i skromna bułeczka
Wyprawę rozpoczęłam przy Kreuzplatz, gdzie znajduje się osobliwy i bardzo sympatyczny budynek dawnej poczekalni tramwajowej.
Kiedyś człowiek oczekiwał tu na tramwaj, dzisiaj może oczekiwać na kawę. Jest to niewątpliwy postęp cywilizacyjny, choć trudno powiedzieć, który rodzaj oczekiwania bardziej wystawia ludzką cierpliwość na próbę.
![]()
Podpis: Dawna poczekalnia tramwajowa przy Kreuzplatz. Dziś można tu poczekać nie na tramwaj, lecz na kawę.
W dawnej poczekalni działa kawiarnia Miró, a ceny kaw, które wypatrzyłam, mieściły się mniej więcej między 4,50 a 6,50 franka.
Nie zatrzymałam się jednak na dłuższe rozważania nad losem kawowego ziarenka. Czekał na mnie bowiem Migros.
A Migros, jak wiadomo każdemu mieszkańcowi Szwajcarii, jest instytucją niemal równie ważną jak rozkład jazdy pociągów.
Zajrzałam najpierw do pieczywa.
I oto ukazała mi się bułeczka Butterweggli, skromna, niepozorna, pozbawiona wszelkich arystokratycznych pretensji, która kosztowała zaledwie 65 centymów.
Była tak uczciwie wyceniona, że człowiek niemal miał ochotę uścisnąć jej rękę, gdyby bułeczki posiadały ręce.
![]()
Podpis: Bohaterka pierwszego aktu. Bułka Butterweggli za 65 centymów i jej piekarnicze towarzystwo.
Obok znajdowały się inne wypieki. Fussballbrötchen za jednego franka, Tessiner Rustico za 3,25 franka i Birnweggen, 400 gramów, za 4,50 franka.
A kto nie ma czasu na własnoręczne przygotowanie śniadania, mógł kupić kanapkę XXL za 3,95 franka albo bagietkę z tuńczykiem lub serem Gruyère za 6,90.
W ten sposób już po kilku minutach odkryłam, że w Zurychu można zjeść coś bez konieczności zastawienia rodzinnych sreber.
Odkrycie to napełniło mnie umiarkowanym optymizmem.
W królestwie serów, jajek i nieco mniej skromnej cielęciny
Dalej były sery.
Ach, szwajcarskie sery! Gdyby mogły przemawiać, każdy wygłosiłby zapewne długą mowę o swoim pochodzeniu, zasługach przodków i szczególnych warunkach dojrzewania.
Gruyère rezent kosztował 2,10 franka za sto gramów, a Appenzeller edelwürzig 3,20.
Ten ostatni nosił nazwę tak poważną, że zdawało się, iż lada chwila zażąda przedstawienia dokumentów.
![]()
Podpis: Szwajcarskie sery. Dostojne zgromadzenie, w którym każdy ma własną historię i cenę.
W pobliżu czekały jajka. Sześć sztuk za 3,30 franka albo dziesięć za 5,25.
Wszystko układało się przyjemnie, rozsądnie i niemal idyllicznie, dopóki wzrok mój nie padł na cielęcinę IP-Suisse.
Dziewięć franków i dziewięćdziesiąt centymów za sto gramów.
Spojrzałam ponownie.
Cena ani drgnęła.
Nie było zatem wątpliwości, że cielęcina nie zamierza uczestniczyć w naszej opowieści o tanim śniadaniu.
I słusznie. Każdy ma prawo do własnego towarzystwa.
Drugi akt: Aldi, czyli wielkie możliwości niewielkiego sklepu
Z Kreuzplatz wyprawa zaprowadziła mnie w okolice Stadelhofen.
Tutaj odwiedziłam Aldi Suisse.
Sklep okazał się niewielki. Kto wyobraża sobie Aldi jako niezmierzoną halę, po której człowiek powinien poruszać się z mapą i zapasem prowiantu, doznałby pewnego rozczarowania.
Ale rozmiar, jak wiadomo, nie zawsze świadczy o wartości.
![]()
Podpis: Aldi Suisse w Zurychu. Sklep niewielki, ale na codzienne zakupy wystarczający.
Na półkach znalazłam wszystko, co mogłoby zainteresować rozsądnego gospodarza.
Masło Die Butter, 250 gramów, kosztowało 3,95 franka. Ser raclette Milsani, 400 gramów, 4,99. Miód BIO, 340 gramów, można było nabyć za 2,75 franka, a filet z łososia, 300 gramów, za 6 CHF
![]()
Podpis: Masło Die Butter, 250 g za 3,95 CHF. Zapamiętajmy tę cenę, bo jeszcze do niej wrócimy.
![]()
Podpis: Raclette Milsani, 400 g za 4,99 CHF. Szwajcarski klasyk w dyskontowej cenie.
Znalazło się nawet ragout wieprzowe, pół kilograma za promocyjne 4,49 franka.
A potem ujrzałam żółwia.
Nie był to, rzecz jasna, prawdziwy żółw. Szwajcarski handel spożywczy nie zaszedł jeszcze tak daleko.
Był to wypiek w kształcie sympatycznego stworzenia, kosztujący 1,39 franka.
Przyznaję, że pomysł bardzo przypadł mi do gustu. Żółw nie spieszył się nigdzie, nie narzekał na inflację i najwyraźniej uważał, że świat można znosić z pogodą ducha, jeśli jest się należycie wypieczonym.
![]()
Podpis: Żółw za 1,39 CHF. Stworzenie spokojne, należycie wypieczone i najwyraźniej zadowolone z życia.
Tak oto Aldi przedstawiło się jako sklep, w którym rozsądek cenowy potrafi żyć w zgodzie z odrobiną fantazji.
Trzeci akt: Coop i wielka pokusa gotowego obiadu
Człowiek może być pełen najlepszych postanowień. Może nawet przysięgać, że od jutra będzie gotował zdrowo, oszczędnie i wyłącznie ze świeżych składników.
Lecz przychodzi wieczór, człowiek wraca z pracy i nagle okazuje się, że ziemniaki same się nie obiorą, cebula nie pokroi, a patelnia, choćby najszlachetniejsza, nie zamierza wykazać żadnej inicjatywy.
Wtedy pojawia się gotowy obiad.
![]()
Podpis: Coop w rejonie Stadelhofen. Kolejny przystanek naszej zakupowej wyprawy.
W Coopie przy Stadelhofen znalazłam Pad Thai z kurczakiem, 380 gramów, za 11,95 franka. Pasta Cheese, również 380 gramów, kosztowała 10,95, a zupa gulaszowa 5,95.
![]()
Podpis: Gotowe dania w Coopie. Pad Thai z kurczakiem za 11,95 CHF, a do tego perspektywa wolnego wieczoru.
Nie wiem, czy ktoś kiedykolwiek obliczył, ile warta jest godzina odpoczynku po ciężkim dniu. Gdyby jednak obliczył, być może gotowe dania okazałyby się mniej rozrzutnym pomysłem, niż głoszą ich przeciwnicy.
Nie znaczy to oczywiście, że codzienne kupowanie gotowych posiłków jest najtańszą metodą prowadzenia gospodarstwa.
Ale człowiek nie jest przecież maszyną do obierania kartofli.
W Coopie spotkałam jeszcze jednego starego znajomego.
Masło Die Butter, 250 gramów.
Cena: 3,95 franka.
Dokładnie tyle samo, ile w Aldi!
Było to spotkanie tak wzruszające, że oba masła, gdyby wiedziały o swoim istnieniu, zapewne podałyby sobie dłonie.
![]()
Podpis: Masło w Coopie. Za 250 g Die Butter zapłacimy tyle samo co w Aldi, czyli 3,95 CHF.
Wniosek był prosty: nie każdy produkt w dyskoncie musi kosztować mniej niż w zwykłym supermarkecie.
I kto chce oszczędzać, powinien patrzeć na ceny, nie wyłącznie na szyldy.
Miasto, w którym sąsiadują zwyczajność i przepych
Wyruszyłam dalej.
Zurych ma tę szczególną właściwość, że potrafi w ciągu kilkunastu minut pokazać człowiekowi kilka zupełnie różnych światów.
Tu zwykły sklep spożywczy. Tam elegancka wystawa. Jeszcze dalej kawiarnia, do której wpada się na chwilę, i butik, przed którego witryną można spędzić tę samą chwilę, nie wydając ani franka.
Przechodzień ogląda zegarki, ubrania i przedmioty, których ceny bywają ukryte z wielką dyskrecją, jakby sprzedawca nie chciał zbyt wcześnie psuć dobrego nastroju.
Ale ja zmierzałam do miejsca, w którym ceny były widoczne.
I właśnie dlatego zapowiadały się nowe przygody.
Czwarty akt: Globus, gdzie masło przywdziewa szaty królewskie
W delikatesach Globusa człowiek od razu dostrzega, że wkroczył do zupełnie innego świata.
![]()
Podpis: Globus. Tutaj nawet dekoracje zapowiadają, że nie będzie to zwykła wyprawa po masło.
Towar nie leży tutaj po prostu na półkach. On się prezentuje.
Sery odpoczywają z godnością, wędliny występują w starannie dobranym towarzystwie, a owoce morza spoczywają na lodzie z taką elegancją, jakby przygotowywały się do przyjęcia dyplomatycznego.
![]()
Podpis: Delikatesowe wędliny w Globusie. Ekspozycja równie staranna jak dobór produktów.
Ostrygi, krewetki i ośmiornice tworzyły widowisko, któremu warto było poświęcić chwilę.
I nie ma w tym żadnej przesady. Globus rzeczywiście potrafi uczynić z zakupów przyjemność oglądania.
![]()
Podpis: Owoce morza na lodzie. Zurych nie leży nad morzem, ale na tej ladzie trudno to zauważyć.
A jednak największe wzruszenie miało dopiero nadejść.
Stanęłam przed półką z masłem.
Na niej spoczywała kostka francuskiego Isigny Sainte-Mère, pięknie opakowana, dostojna, świadoma swego pochodzenia.
Dwieście pięćdziesiąt gramów.
Dziesięć franków.
DZIESIĘĆ FRANKÓW!
![]()
Podpis: Francuskie masło Isigny Sainte-Mère, 250 g za 10 CHF. Oto produkt, który zna swoją pozycję społeczną.
Gdyby moje poczciwe masło z Aldi za 3,95 franka dowiedziało się o istnieniu takiego krewniaka, mogłoby doznać poważnego wstrząsu towarzyskiego.
Ale trzeba oddać sprawiedliwość francuskiemu arystokracie.
Isigny to produkt o chronionym pochodzeniu, o własnej tradycji i określonych walorach. Nie jest zwykłym odpowiednikiem najtańszego masła z supermarketu.
To nie znaczy, że człowiek musi je kupować.
To znaczy jedynie, że może.
A różnica między „musi” i „może” jest w gospodarstwie domowym sprawą pierwszorzędnej wagi.
Kefir, który zna swoją wartość
Ledwie ochłonęłam po spotkaniu z masłem, a już przyszło następne doświadczenie.
Kefir Ludmila Laube.
Pół litra.
Dziewięć franków pięćdziesiąt centymów.
Przez chwilę zastanawiałam się, czy to nie jakiś kefir nadzwyczajny, obdarzony wiedzą filozoficzną i zdolnością do rozwiązywania problemów życiowych.
Ale nie. Był to po prostu kefir.
![]()
Podpis: Kefir Ludmila Laube, pół litra za 9,50 CHF. Jak widać, nawet kefir może mieć wysokie aspiracje.
Oczywiście, nie każdy kefir jest taki sam, nie każdy powstaje w identyczny sposób i nie każdy ma tego samego klienta.
Lecz dziewięć franków pięćdziesiąt centymów pozostaje dziewięcioma frankami pięćdziesiątoma centymami, choćbyśmy wymawiali tę cenę najczulszym głosem.
Nieco dalej znalazłam angielski lemon curd marki Wilkin & Sons, 312 gramów za 9,90 franka, oraz pięknie wyeksponowane ciasto Panettone za 40 franków za kilogram.
Ciasto prezentowało się tak apetycznie, że można mu było wybaczyć niejedno. Czy również cenę, pozostawiam osobistemu osądowi każdego czytelnika.
![]()
Podpis: Ciasto Panettone,40 CHF za kilogram. Uroda kosztuje, również w cukiernictwie.
Globus nie jest bowiem miejscem, które obiecuje najtańszy koszyk.
Obiecuje wybór, szczególne produkty i przyjemność kupowania rzeczy, których nie spotyka się w każdym sklepie.
A za przyjemności, jak wiadomo, świat od niepamiętnych czasów wystawia rachunki.
O tym, czego nauczyły mnie cztery sklepy
Tak zakończyła się moja wyprawa.
Nie odkryłam tajemnicy szwajcarskiej gospodarki ani sposobu na robienie zakupów bez wydawania pieniędzy.
Odkryłam jednak coś znacznie praktyczniejszego.
W tym samym mieście można kupić bułkę za 65 centymów i masło za dziesięć franków. Można znaleźć zwykłe produkty codziennego użytku, skorzystać z promocji, kupić gotowy obiad albo zafundować sobie delikatesową przyjemność.
I nie ma powodu, aby na podstawie najdroższej półki oceniać wszystkie pozostałe.
Mój spacer nie był porównaniem identycznych koszyków zakupowych. Fotografowałam produkty, które zwracały uwagę, oraz ich ceny. Dlatego nie ogłaszam zwycięzcy konkursu na najtańszy sklep w Zurychu.
Wiem natomiast, że zakupy są sztuką wyboru.
A rozsądny wybór nie polega na tym, by nigdy nie kupić nic drogiego. Polega raczej na tym, żeby wiedzieć, za co się płaci i czy rzeczywiście tego pragniemy.
A teraz, proszę Państwa, do kuchni!
Pozostaje nam jeszcze jedna sprawa.
Wędrowaliśmy między sklepami, podziwialiśmy sery, oglądaliśmy masła, rozważaliśmy ceny gotowych obiadów, a nawet poznaliśmy kefir o arystokratycznych ambicjach.
Wszystko to było bardzo pouczające.
Ale przecież człowiek, choćby miał naturę filozofa, od czasu do czasu musi coś zjeść.
I właśnie tutaj zaczyna się następna historia.
Bo na Polacy na Saksach powstaje miejsce, w którym nie będziemy już wyłącznie oglądać sklepowych półek. Zajrzymy również do garnków.
Kuchnia na Saksach ma służyć tym, którzy mieszkają i pracują za granicą, chcą gotować smacznie, rozsądnie i bez poszukiwania składników równie trudno dostępnych jak święty Graal.
Będą przepisy, pomysły i interaktywna książka kucharska.
A skoro naszą wyprawę rozpoczęła skromna bułeczka za 65 centymów, wypadałoby kiedyś zaprosić ją na śniadanie.
Najlepiej z masłem.
Niekoniecznie tym za dziesięć franków.
Zdjęcia własne, Zurych, 23 października 2026 r. Podane ceny pochodzą z dnia wizyty i mogą się zmieniać. Część produktów była objęta promocją.
![]()
![]()
![]()
![]()
![]()
Rekomendowane komentarze